czwartek, 14 grudnia 2017

Krótka piłka

Osoby: Dosia, Helka, Mama i milczący Tata
Miejsce: salon/kuchnia rodowej siedziby Futraków
Czas: wczoraj wieczorem

Maluchy bawią się, trochę w salonie, trochę pod stołem w kuchni. Trochę lalkami, trochę "robią prezenty na urodziny", trochę się chowają i szukają. Mama tych cudnych dziewczynek na stole szyje torbę dla byłej już szefowej. Tata zmywa lub szykuje kolację. Ogólnie sielanka.
Helka: Dosia, mama ma dziś birthday. Masz prezent?
Dosia: Helka? Mummy is birthday? Today?
Mama (przypominając o jednej z naszych koronnych zasad): Dosiu, w domu mówimy po polsku.
Dosia (patrząc swoim "przewrotnym" wzrokiem): Whaaaat?
Tata nie odwraca się od blatu w kuchni i stara się nie parsknąć śmiechem. Stara się... Stara... Nie udaje się. Parska.
Mama: Co? Śmieszne? Może na bloga od razu?

Od razu może nie, ale dzień później :)

środa, 6 grudnia 2017

Stukanie

Otóż taka jest sytuacja, że na początku grudnia stuka nam kilka rocznic istotnych. Jakoś tak się złożyło, że najpierw 3 dnia miesiąca bieżącego stukneło pannie Dorocie 3 lata życia wesołego. Dzień później nam najstarszej połowie rodziny stukneło 11 lat od zamieszkania pod dachem, pod którym nadal mieszkamy (młodsza połowa Futraków mieszka oczywiście krócej, bo i życie ich krótsze jest nieco, na przykład panny Doroty - zaledwie trzyletnie - ale o tym już chyba było). 5 grudnia mieliśmy przerwę w świętowaniu, mogliśmy wyleczyć kaca i chwilę odpocząć od szampańskiej zabawy, ale tylko po to, żeby już grudnia 6 świętować stuknięcie kolejne - tym razem wydarzenia, od którego wszystko się zaczęło.

To właśnie 6 grudnia, mając dość trochę obrabiania zdjęć dzieci z przedszkola na Kabatach, napisałem list (jak się okazało za długi, chociaż wyszło na to, że w sam raz) do niejakiej Iwki, której wtedy nawet wirtualnie nie znałem. A potem już poszło, kawa, kino, jedna impreza, druga impreza, ślub, wesele i pyk! nagle byliśmy w Irlandii i 4 grudnia wprowadzaliśmy się do naszego domu, do którego parę lat potem przywieźliśmy urodzoną 3 grudnia Dosię.

Jak to mawiają najstarsi górale, to musi coś znaczyć. Niestety nie wiemy jeszcze co. Czekamy. I w międzyczasie świętujemy wszystkie te stukania.

A jak nie świętujemy, chodzimy czasami na spacery, chociaż pogoda ostatnio słabo dopisuje. Przy okazji jednego z tych spacerów, w postaci Dosia w małym wózku, Helka z ręką na wózku co jakiś czas narzekająca, że nóżki bolą i że ona też chce do wózka, okazało się, że nasza średnia córka ma przemyślenia takie że.... zresztą sami posłuchajcie. Lub przeczytajcie. Jak kto woli.

Jest już ciemno, wiatr lekko zawiewa, ale bez przesady. Wracamy z krótkiego spaceru, nawet dobrze nie zdążyliśmy się zmęczyć, ale oczywiście nóżki Helki wolałby siedzieć wygodnie w wózku niż przebierać dzielnie niosąc ją po wieczornych chodnikach. Ten kto kiedyś był w naszych okolicach i odwiedził Futraków siedzibę wie, że na nasze osiedle wchodzi się lekko pod górkę. Nic wielkiego dla takiego niedźwiedzia jak ja, ale dla małych nóżek czteroipółlatki to malutkie wyzwanie może być. Idziemy więc pod tą naszą górkę, a Helka pyta:
- Tato, dlaczego domek jest pod górę?
- Tutaj go zbudowali.
- Dla nas zbudowali? Dlaczego tutaj?
- Bo tutaj było akurat miejsce na nasz domek.
Helka milczy chwilę. Niemal widać jak przetwarza informacje i zastanawia się co do nich wynika. Po kilku sekundach poważnie patrzy na mnie i pyta:
- Tato, a w Polsce nie było miejsca?
Tatę w tej chwili coś chwyta za gardło i trochę nie może odpowiedzieć. Zresztą nawet nie wie, co miałby odpowiedzieć.

wtorek, 7 listopada 2017

Helenkowe Story Cubes

Sprawdziłem dziś czy nasze maluchy łapią już o co chodzi w Story Cubes. I o ile Dosię bawiło głównie rzucanie kostkami po stole, Helka załapała niemal natychmiast.
Zresztą posłuchajcie sami:
"Nie wiem co to jest, ale był taki domek. I w nim była lampa. I ona czytała książkę. I miała oko. A jak miała obiad, to zjadła kostkę. I jeszcze nogę taty. A potem była waga i ona się uśmiechała. Lampa. I była siostra i ona była smutna. Ale druga była happy."


I co myślicie? Dała radę jak na pierwszy raz ze Story Cubes?

To tyle na szybko, bo już mnie szarpie na nogę i woła: "Tato, teraz ty. Kostki! Gramy?"

niedziela, 15 października 2017

Dobre miejsce

Jest takie miejsce zwane Glencomeragh. Oprócz tego, że w ciągu roku szkolnego kształci dobrych ludzi, to raz w miesiącu umożliwia spotkania katolickich rodzin z okolic bliższych i dalszych. W prawdziwie dobrej, ciepłej i spokojnej atmosferze można tam spędzić kilka godzin i odetchnąć tą atmosferą pełną piersią, a jednocześnie garściami czerpać z rozmów i spotkań ludzi, którzy żyją według podobnych zasad. I okazuje się, że wcale nie jesteśmy jakimiś dziwakami, co szczególnie istotne jest w przypadku dzieci starszych i młodzieży. Jeśli taki Franek widzi, że w takim Glencomeragh mieszkają młodzi ludzie w jego wieku, którzy prawdziwie żyją wiarą a jednocześnie nie są dziwakami; jeśli Zuzka widzi, że rodzin takich jak nasza jest więcej, łatwiej będzie i Frankowi i Zuzce także według tych wartości żyć. I choćby po to warto tam pojechać raz w miesiącu. Posłuchać kilku słów od biskupa, pogadać z kimś, pospacerować, zjeść wspólny lunch, czy wreszcie razem się pomodlić, bo czasem w biegu codzienności nie ma na to czasu.
Dobre to miejsce. I chcę wierzyć, że my też jesteśmy lepsi dzięki tym spotkaniom.
A poza tym tam jest zwyczajnie ładnie. Zresztą zobaczcie sami.


piątek, 13 października 2017

Muzyczne gadki

Odbieram Helkę ze szkoły, w samochodzie leci "Hlaskower rock" The Analogs. Helka siada z tyłu, słucha przez chwilę i pyta:
- Tato, kto to śpiewa?
- The Analogs.
Helka myśli przez chwilę i wypala:
- Anna locks? Anna? Tak jak Elsa i Anna?
- Nie, Analogs, - mówię tlumiąc śmiech.
Helka zastanawia się, więc pytam zaczepnie:
- Podoba ci się?
- Tak trochę, - szczerze mówi Helka. - A Ty lubisz taka piosenka, tato?
- Lubię.
- Tak mało? - dopytuje Helka, bo lubi być precyzyjna.
- Nie, tak dużo.
- Aha... OK.
Po czym zmienia temat i przez 10 minut nawija o szkole i śpiewa piosenki, których się nauczyła.
A dla mnie The Analogs już na długo zostanie Anna Locks. Wiecie, taka jak Anna i Elsa.

niedziela, 10 września 2017

Dorżnelim

Obeszliśmy sobie w ten weekend dożynki, czyli po lokalnemu Harvest Festival. Obeszliśmy wyjątkowo aktywnie. Chodziliśmy w te i z powrotem wzdłuż straganów. Pokręciliśmy dzieci na karuzelach. Iwka asystowała w warsztatach, a Zuzka się na nich bawiła. Piliśmy, jedliśmy i smakowaliśmy różności, od oleju rzepakowego w różnych smakach, poprzez pasty sezamowe, sery różnego pokroju, batoniki zdrowe wyjątkowo, słodycze mniej zdrowe, aż po kawę i piwo.
Dzieci młodsze obejrzały to i owo, pomacały parę zwierząt, pobiegały tu i tam, schowały się kilka razy przed deszczem, bawiły się wyśmienicie, a na koniec padły zmęczone i mamy nadzieję, że będą spały do samego rana.
Dziecko najstarsze natomiast było wyśmienitym opiekunem do dzieci (nie naszych), a na koniec załapało się na zakończenie biwaku wędrowników. Stąd jego brak na zdjęciach.
A zdjęcia takie oto:








Dziękuję za uwagę i do zobaczenia.

A teraz udaję się oglądać z żoną film fantasy, albo science fiction. Sama zaproponowała. Jestem w szoku i lecę coś włączyć zanim zmieni zdanie.

poniedziałek, 21 sierpnia 2017

Anna

Do dziś, przez ostatnie trzy tygodnie mieliśmy dodatkową córeczkę w postaci Ani, wnuczki siostry Iwki mamy (Dość zagmatwałem kim jest Anna? Nie? Następnym razem postaram się bardziej). Przyleciała do nas na wakacje, zwiedziła skrawek Irlandii i poleciała. Dlaczego tylko skrawek jej pokazaliśmy? Ano bo więcej się nie dało mając do dyspozycji niewiele czasu i będąc ograniczonym czasem oddania i odebrania maluchów do i z przedszkola. Ale Ania I tak mówiła, że się jej podoba. A że jest grzeczną dziewczynką, raczej nie podejrzewam, by kłamała tak w żywe oczy.
Jeździliśmy nad morze zobaczyć skały i fale. Bywaliśmy w zamkach (a konkretnie w jednym), zwiedziliśmy ruiny w mniejszym lub większym stanie rozkładu. A poza tym pokazaliśmy Ani dumę i chlubę Waterford, czyli festiwal Spraoi (chyba zdecydowanie nasz ulubiony ze wszystkich festiwali w mieście). Nie było nudy, tym bardziej, że pogoda starała się dopisywać. A jak nie dopisała, to w domowych pieleszach też coś się znalazło do roboty, a to odkurzanie, a to mycie podłóg, a to układanie książek, czy zamiatanie okruszków spod stołu. Nudy nie było.
Ostatnim akcentem wakacji Ani był wypad na drugą stronę rzeki Suir, do Duncannon (mocno wiało) i na Hook Head (bardzo mocno wiało). Zresztą popatrzcie sami.







A ewentualnie gdyby ktoś chciał wybrać się w takie miejsca w naszym niekrępującym towarzystwie, zapraszamy serdecznie.

środa, 16 sierpnia 2017

Wysoka zmienność

Jeszcze nie tak dawno temu, dokładnie wczoraj, smażyliśmy się na plaży, a dziś można co najwyżej rozpalić kominek i zawinąć się w ciepły koc z równie ciepłą herbatą w jednym, a książką w drugim ręku.
No dobra, z tym smażeniem to mała przesada była. Wczoraj faktycznie byliśmy na plaży, dzieci nawet zamoczyły nogi, można było poleżeć i pocieszyć się aurą. Jak się dziś okazuje, mogła to być ostatnia szansa na letnie słońce, bo dziś od rana leje, pada i siąpi na zmianę. Do tego jeszcze trochę wieje, czyli generalnie jest uroczo. Uroczo dla kaczek, jak to mówią tubylcy.
Ale po co ja tu właściwie rozważam te pogodowe zagadnienia? W zasadzie to tylko po to, żeby mieć pretekst do wrzucenia zdjęcia z wczoraj. Z tego wczoraj, kiedy jeszcze słońce grzało i nie było strach wyjść na dwór.
A oto i zdjęcie.


I to by było na tyle dziś. Dziękuję za uwagę :)

piątek, 11 sierpnia 2017

Dzyń, Dzyń

Jadę sobie do kolegi na weekend, przede mną jeszcze ze dwie godziny w autobusie, więc dlaczego by nie napisać paru słów. No dlaczegóż by nie, prawda?
Nie tak dawno jak wczoraj, kiedy żona moja szanowna ciężko pracowała w teatrze przymierzając peruki (kto ma Facebooka, może skutki podziwiać tamże), ja zabrałem dzieci do parku, na plac zabaw konkretnie.
I na tym placu zabaw doszło do akcji właściwej.

Dośka wspina się na zjeżdżalnię. Właściwie to grzecznie wchodzi po schodkach, ale "wspina się" brzmi dramatyczniej. Nagle w oddali odzywają się dzwony kościoła St. John's. Dośka zatrzymuje się w połowie wspinaczki, rozgląda się i pyta:
- Tato, co to?
- Ale co? To dzyń, dzyń?
- Tak. Co to jest? Dzyndzyn?
- To dzwon w kościele. Tam gdzie chodzimy na mszę.
- W kościele? Emil? (dla niezorientowanych - ks. Emil to polski ksiądz w Waterford)
- Tak, w kościele, tam gdzie ksiądz Emil.
- Oooo! Idziemy? Teraz?
- Nie, dziś nie idziemy do kościoła.
Tutaj Dosia wywija usta w podkówkę i mówi:
- Uuuu.... A ja lubię.
I tak skończywszy konwersację kontynuuje wspinaczkę na zjeżdżalnię.

Kiedy wieczorem przy piwie w pubie powtórzyłem rozmowę tę żonie, ona tylko stwierdziła: "Kochana. Może zakonnicą zostanie."
Któż to wie. Może.

A tymczasem wracam do książki i podróży do kolegi. Bo przecież podróże kształcą.

czwartek, 3 sierpnia 2017

Historia jednego zdjęcia

Siedzi sobie człowiek spokojnie po obiedzie, czyta książkę, relaks w pełni, gdy nagle z góry zbiega zaoferowana córka i z podniecenia niemal tracąc oddech woła:
"Tato, tato....! Zdjęcie....! Szybko! Dosia! Pokój twój... Tam, na górze! Szybko! Zdjęcie!"
No więc co człowiek ma robić? Wyciąga telefon, upewnia się, że starsza siostra jest na górze, i daje córce komórkę przykazując, żeby zrobiła ładne zdjęcie i pokazała tacie.
Córka szybko łapie telefon, biegnie na górę i krzyczy:
" Zuja, Zuja! Mam telefon! Będzie zdjęcie!"

Po 15 minutach odbieram telefon i znajduje na nim takie oto zdjęcie.


Koniec historii.