środa, 29 grudnia 2010

Tradycji stało się zadość

Tradycyjnie jak co roku skończyły się Święta Bożego Narodzenia. Tradycyjnie mieliśmy choinkę, prezenty i kupę jedzenia. Także tradycyjnie mieliśmy też trochę spokoju i kupę gości.
Z mniej tradycyjnych spraw... w wigilijną noc zamarzła nam woda, więc niektóre naczynia zmywaliśmy z dużą pomocą przyjaciół, a i kąpiele były robione z przyjacielskim pozdrowieniem. Oprócz wody zamarzł nam też akumulator w samochodzie w związku z czym poranna wyprawa do kościoła w sobotę okazała się być wyprawą pieszą.
A już zupełnie nietradycyjnie w niedzielę, tzw. drugi dzień świąt, przyszła wiosna. Ptaki się rozśpiewały, nędzne resztki śniegu i lodu szybko spłynęły, zaczęło wiać i lekko kapać z nieba. Słowem, wróciła nasza tradycyjna irlandzka zima :)

A jak Boże Narodzenie wyglądało? O tak:

Tradycyjna WIGILIA u księdza 
tym razem bez ogrzewania, grzaliśmy się miłością wzajemną i ciepłą herbatą :)




A po przyjściu do domu tradycyjnie rzuciliśmy się na prezenty. Na temat swoich powiem krótko: będę miał co czytać :)
Franek i Iwka może wypowiedzą się sami.
A co Zuzka ma do powiedzenia można zobaczyć tutaj:


Mniej tradycyjny obiad świąteczny u Futraków
(tym razem bez wody bieżącej, za to z dużą ilością baniaków, butelek i innych szczelnych pojemników)



sobota, 25 grudnia 2010


Gdyby nie gwiazda z Betlejem,
jak patrzeć mam na siebie?
Gdyby nie gwiazda z Betlejem,
jak patrzeć mam na innych?

Człowieka nie można do końca zrozumieć bez Chrystusa. A raczej - człowiek nie może siebie sam zrozumieć bez Chrystusa. Nie może zrozumieć ani kim jest, ani jaka jest jego właściwa godność, ani jakie jest jego powołanie i ostateczne przeznaczenie. Nie można tego wszystkiego zrozumieć bez Chrystusa"
Jan Paweł II
(Warszawa Plac Zwycięstwa 2 czerwca 1979 r.)


Bóg urodził się jako Małe Ludzkie Dziecko.
Przyjmij i zachwycaj się tą Tajemnicą Zbawienia.

Dla Wszystkich - Wiary, Nadziei, Miłości, i otwarcia się na Łaski Boże.
Sił, cierpliwości i łagodności - abyśmy byli godnymi Jego Świadkami....
życzą Futraki :)

Niespodziewanie wyschła nam studnia, akumulator spał bez skarpet, nam to nic -
Życie jest piękne! Drobiazgi to w porównaniu z TYM co już mamy, dziękujemy też za to czego nie mamy, bo tego nie potrzebujemy lub nie jesteśmy na to gotowi. Mamy TYLKO to TERAZ.
Jak to OGROMNIE DUŻO!

całujemy Was, NASI kochani.

środa, 22 grudnia 2010

Dublin - część numer dwa

Piątek zaczął się od poszukiwania parkingu. I od pierwszych złych oznak wkurzenia na jeżdżenie jednokierunkowymi uliczkami po mieście, którego kompletnie nie znam. GPS nie pomagał, coraz bardziej zniecierpliwione dzieci też nie. Jeden czy dwa parkingi objechaliśmy dookoła jakoś nie znajdując wjazdu i w końcu wylądowaliśmy na parkingu w ILAC Centre, w samym centrum miasta, co potem miało się okazać zgubne nieco w skutkach. Ale co potem, to potem...

Zaparkowaliśmy, poszukaliśmy naszych historyków z IPN, wypiliśmy kawy (rodzice) i soczki (dzieci), zjedliśmy po bułce (wszyscy) i tak posileni wskoczyliśmy do busa objeżdżającego turystycznie stolicę naszej małej wyspy.

I co się okazało...? Że Dublin oprócz tego, że jest wielki i pełen ludzi, jest jeszcze do tego ładny. Stare budynki, urocze kamieniczki, zabytki na prawie każdym kroku. Nie było zbyt wiele czasu, by obejrzeć wszystkie 23 atrakcje, proponowane wzdłuż trasy przejazdu busa, więc wybraliśmy dwie na zasadzie dla każdego coś miłego. Padło na katedrę Św. Patryka i wiktoriański pub Ryan's. Kto dokonywał którego wyboru chyba nie muszę pisać? :)

Stąd poddanymi rządzi irlandzki rząd. A że rządzi ostatnio słabo świadczy rząd (nomen omen) barierek chroniących rząd przed wkurzonymi rządzonymi.

Tutaj rządzeni są zadowoleni. Mimo zimna na półotwartym pięterku zielonego autobusu.

Tutaj takoż.

Katedra Św. Patryka wrażenie robi. Ilością, jakością i wielkością.



 
Nowoczesna rzeźba zainspirowała Franka do wykonania tańca nowoczesnego :)


Młoda zadowolona poddana :)

Klasyczny pub Ryan's. Tutaj podobno stołowali się wielcy tego świata, m.in. Bill Clinton i Julia Roberts. Tak przynajmniej napisali w przewodniku. O nas pewnie nie wspomną ani słowa. Nie szkodzi. I tak było smacznie i przyjemnie. Dostaliśmy miły zakątek z własnym okienkiem do baru, wygodną kanapą i starymi zdjęciami do oglądania i komentowania.

No i było intrygujące lustro w drzwiach.
A do tego wszystkiego dobra zupa, pyszna ryba i świeże frytki.

I tym posileni na ciele ruszyliśmy posilić się duchowo na Spotkanie Opłatkowe do Ambasady RP.
Ale zanim tam dotarliśmy, musieliśmy wydostać się z centrum. Wyjeżdżając o 17:30 z parkingu w centrum byliśmy pewni, że mamy duży zapas czasu, że godzina spokojnie wystarczy. 5 kilometrów i 50 minut potem, kiedy podjeżdżaliśmy pod ambasadę, cały luz "zapasu czasu" wyparował. Dobrze, że spóźnionych było więcej. Daliśmy radę obudzić i przebrać zaspaną Zuzkę. Opanować Franka. Rozejrzeć się kogo znamy (prawie nikogo). Przywitać się z panią konsul i zastępcą ambasadora. I odetchnąć spokojnie.
A potem było już tylko miło.

Świątecznie z IPN. Futraki z Anną, Agnieszką i Pawłem. Jeszcze raz dziękujemy za przyjemność poznania was :)

Najedzeni i napici różności parę chwil potem zgarnęliśmy dzieci, które zdążyły się już zaaklimatyzować i zaprzyjaźnić z dziećmi ambasadorskimi i ruszyliśmy na naszą prowincję. Trochę śniegu i lodu po drodze ani trochę nas nie zniechęciło i koło północy wygarnialiśmy śpiące dzieci z samochodu. A niedługo potem sami już spaliśmy.
Wyprawa do Dublina zakończona :)

wtorek, 21 grudnia 2010

Dublin ładny jest

Wcale nas nie ogarnia świąteczna gorączka. Wcale nie biegamy z obłędem w oczach po sklepach, by wywieźć z nich tysiące niepotrzebnych rzeczy. Wcale nie mamy zamiaru poświęcać naszego cennego czasu na bieganinę w tłumie i obijanie się o setki i tysiące ludzi.
I to wcale nie dlatego, że przykład takiej gorączki w wersji jak dla nas ekstremalnej mieliśmy w czwartek i piątek w Dublinie. A szczytem było totalne zagubienie w jednokierunkowych uliczkach "starego miasta" i w konsekwencji przejechanie 5 kilometrów w ciągu 50 minut. Ale od początku...
W czwartek dojechaliśmy wieczorową porą, zaparkowaliśmy naszego bolida i poszliśmy na piechotę do centrum. Okazało się, że na nogach wcale nie jest dużo łatwiej się poruszać niż samochodem, ale przynajmniej nie trzeba parkingu szukać (na opisanie poszukiwań wjazdu na parking przydałby się może osobny post...). Obiwszy się o setki spieszących się gdzieś ludzi, wyminąwszy kilka kolejek do bankomatów, podziwiwszy się ilości ludzi, sklepów i różnych różności, poczuwszy się jak biedni przyjezdni z prowincji (czyli właściwie) weszliśmy do ILAC Centre i opanowując niechęć do centrów handlowych (oczywiście tylko naszą, dorosłą, bo dzieci były prawie wniebowzięte) wpadliśmy do biblioteki.
A tam było już miło. Znani i lubiani historycy z IPN. I kilka też znanych i lubianych osób. I dział dziecięcy, gdzie co i rusz przepadały nasze pociechy.

Posłuchaliśmy pani radnej Dublina, pani konsul Polski i pana Pawła :) Pobiliśmy brawo i zabraliśmy się za stół z cateringiem... Nie, no tak naprawdę zachowaliśmy się trochę lepiej, nie tak do końca jak prowincjusze. Przy okazji kanapkowania i popijania kawy/herbaty/soku prowadziliśmy jeszcze kilka ciekawych rozmów lub takowym się przysłuchaliśmy.

Obejrzeliśmy w końcu na spokojnie wystawę i mogliśmy się poczuć jak zwykli goście z ulicy. Do czasu...
Do czasu kiedy Anna, Agnieszka i Paweł nie zaskoczyli nas totalnie wręczając nam (dobrze, że nie publicznie) medal IPN w uznaniu zasług w krzewieniu polskości i pomaganiu Instytutowi. Co tam dokładnie stoi w podziękowaniach może napisze Iwka, w każdym razie zaskok był totalny a my totalnie bezbronni i nawet trochę wzruszeni. W końcu to miło jak ktoś docenia to co człowiek robi, i to jeszcze taki KTOŚ.
A potem już spokojnie wróciliśmy do stołu uginającego się od jadła i napitków i do rozmów oczywiście. A kiedy zamykali bibliotekę, czując pewien niedosyt umówiliśmy się na dzień potem do ambasady :)
Jeszcze tylko szybka jazda taksówką i wylądowaliśmy u Basi, Marysi i Beaty, czyli naszych gospodyń użyczających kawałka łóżka na nocleg i podłogi na materac za co wielce wdzięczni jesteśmy.
Czwartek się zakończył litrami herbaty, małą kolacją i wieczornymi rozmowami (nocnych nie było, bo zmęczenie nie pozwoliło). Iwka jeszcze podobno poczytała książkę-prezent od IPN, ale ja już świadkiem tego nie byłem, bo bujałem w sennych obłokach.
A o piątku będzie wkrótce...

poniedziałek, 20 grudnia 2010

Dzisiaj wstałem o 7:30 na roraty.
Miałem świeczkę zapaloną na mszy.
A jak się skończyła msza to pojechałem do szkoły.
I w szkole oglądałem loony toons back in akshin.
I skończyłem szkołę wcześniej bo mi leciała krew z nosa.

czwartek, 16 grudnia 2010

wybieramy się

Już dziś jak tylko Franek ze szkoły wyjdzie wybieramy się do Dublina na otwarcie wystawy IPN. Tak, tej samej która była w Waterford. Tym razem będziemy ją zwiedzali, będziemy gośćmi i widzami, nie damy się wrobić w żadne oficjałki. Spokojnie obejrzymy wystawę, pogadamy z tym lub tamtym, no i oczywiście zobaczymy czy catering będzie tak dobry jak w Waterford. Spotkamy jeszcze raz Annę, Agnieszkę i Pawła z IPN, powspominamy ich wyprawę nas, posnujemy plany na przyszłość, pogadamy o tym i tamtym.
I w zasadzie do wczoraj tak miała się zakończyć nasza wyprawa. Ale wczoraj przyszedł mail z zaproszeniem na Wieczór Opłatkowy w ambasadzie RP w tymże Dublinie. Cóż było robić... najpierw zaczęliśmy szukać tanich hoteli, schronisk, pensjonatów, a potem Iwka zadzwoniła do znajomych... i oszczędziliśmy trochę euro, może będzie okazja za zaoszczędzone coś kupić dzieciom.
Bo niejako w prezencie dostaliśmy cały dzień w Dublinie. Po raz pierwszy będzie okazja zwiedzić miasto, zobaczyć coś poza dworcem i konsulatem.
Trochę mam stracha przed "świąteczną" atmosferą, czyli tłumami biegającymi w amoku po sklepach, ale damy radę. W razie czego wsiądziemy do autobusu wycieczkowego i pojedziemy jakieś zabytki zwiedzać :)
Do zobaczenia w sobotę.

sobota, 11 grudnia 2010

bajki-grajki

Siostry dosiadły się do gitar i grają kolędę. Zuzka akompaniuje na harmonijce. Kuba ściga się na PSP. A ja dosiadłem się na chwilę, żeby to opisać.
Tak to wygląda na 24 godziny przed wylotem Janików. Są tu zaledwie od czwartkowej nocy, a mam wrażenie, że już tyle dni. I nie to wcale, że już mamy się dość, tylko tyle się wydarzyło, tyle się nagadało...
Przylecieli z tak daleka, a mam wrażenie, że wpadli po sąsiedzku. I że wpadać będą co chwila, pogadać, pograć, pooglądać wesele Anety i Ryśka, pośmiać się...
A wczoraj na mieście było tak:

Dziewczyny bawiły się na zakupach, a reszta w pubie :)



Jeszcze 24 godziny. Będzie się działo :)

czwartek, 9 grudnia 2010

24h póżniej

Musimy upchać plany wizyty w odcinku czasowym mniejszym o 24 godziny.
Ale co ja będę pisać. Wylecą. Przylecą. Dotrą. To i tu będą. W 100%.
Na razie bilet przbookowany. Z innego miasta. No ale małe wakacje Janiczki mają i czas i siebie.
W końcu to podróż. W końcu ona kształci. Nas też, bo w niej niejako uczestniczymy.

środa, 8 grudnia 2010

...na dobre rzeczy czeka się długo...

Poczekamy i my.
Samolot został odwołany. Siedzimy jak na szpileczkach, a w zasadzie nerwowo się kręcimy po domu. Wielkie ciasto czeka... zjemy je z Janiczkami albo jutro albo w innym gronie. Jeszcze nie wiemy. Siostra i Szwa w kolejce do przebookowania biletów. Decyzja poza nami zupełnie.
Będzie co ma być. Amen

plus Dwoje ;)

Wieczorem jadę po Siostrę i Szwagra. Przyjadą się wyspać i wybyczyć i może trochę wyspacerować i wygadać i wypocząć. My się nimi poopiekujemy i podogadzamy im jak umiemy najlepiej. Dzieci nie mogą się doczekać, Franek prosi o pobudkę jak dotrzemy nocą na miejsce, Zuzka cieszy się, że Ciocia i Wujek będą jak się obudzi.
Dla szwagra przygotowane kremowe ciasto, dla siostry fasolka po bretońsku. Resztę będziemy dogotowywać. Na codzień żywią się w restauracji Gruba Ryba... więc czym ja mogę ich zaskoczyć..

Dziadkowie zorganizowali dyżury z Jagusią i Jeremim, więc psychicznie też będą pewnie wyluzowani.
A mają od czego odpoczywać. Dla kogoś z dwójką dzieci (Jagna trzy latka, i Jeremi w pierwszej klasie) plus zaangażowanego w społeczność lokalną, w życie zawodowe, dla kogoś kto nie umie siedzieć z zaciśniętymi zębami gdy dzieje się źle czy to za płotem, czy to o wiele dalej - umknięcie na Zieloną Wyspę jest jak połączeniem sanatorium-kolonii-rekolekcji-kilkudniowej imprezy.
A siostra i szwagier mają o czym opowiadać. Wydarzenia spod Krzyża pod Pałacem Prezydenckim, Marsze co miesiąc w rocznicę tragedii Smoleńskiej, pikiety pod Ambasadą Rosyjską, stowarzyszenia Solidarni 2010... Wyklejanie tablic i banerów, kontakt z całą masą ludzi... W tym wszystkim wiążący koniec z końcem, uczący wartości rodzice, i poznające świat dzieciaki.

Żeby wychować dziecko potrzebna jest cała wioska.
Tylko nie ze wszystkimi z tej wioski po drodze.
Niedawno myślałam, że to kwestia wieku i doświadczenia. Dziś wiem, że nie tylko. To także kwestia wartości jakimi się żyje i gdzie pokłada nadzieję. I nie chodzi absolutnie o teorię, ale praktykę, i odwagę tej praktyki. Nie stania rozkrakiem.

Nie mogę się doczekać "nocnych polaków rozmów" ... Tylko nie wiem czy znów mnie nie zdołują opowieści o Mapetach*, lemingach ** i młodych wykształconych z dużych miast.
Na całe szczęście przede mną "Potop" Sienkiewicza... pokrzepia serce no i rzecz jasna plus modlitwa. Idzie dotrwać do tego końca ;)

*Mapet to skrot od Mlody Ambitny Platformers
** leming .... Nie wiesz? Kliknij poniżej.


Les bleus sont là

Tak jak w życiu. Ja piszę jedno, ktoś pisze, że nie mam racji, pomimo, że cytuje przeciw sobie.
Milczenie jest złotem.


Przez Franka

Dzisiaj rano byłem w szkole i było fajnie.
Bo robiliśmy historię,matematykę.
A teraz czekam na obiad.
A po obiedzie będę oglądał ben 10.

poniedziałek, 6 grudnia 2010

Na początku w innym formacie...

Znacie tę historię.

O takiej mniej więcej późnej porze, w Mikołajki 2004 roku, odebrałam list.
Mail. No może nie do końca mail. W sumie sama nie wiem.
Doszedł do mojej skrzynki pocztowej na portalu randkowym. Z innej skrzynki z tego portalu randkowego. Ktoś wpisał kogo chciałby poznać, ot taka elektroniczna swatka... i na pierwszym miejscu wyskoczył mój randkowiczowy profil. Stało się.

Mogliśmy spotkać się w tak wielu miejscach i o wiele wcześniej.
Chodziliśmy prawie tymi samymi ścieżkami, jeździliśmy tymi samymi tramwajami, wagarowaliśmy w tych samych kinach, kupowaliśmy w tych samych sklepach, bywaliśmy w podobnych miejscach i przynajmniej na jednym koncercie mogliśmy się spotkać (23 maja 2002, Warszawa, Manu Chao pierwszy raz w Polsce).... mogliśmy się widzieć w poczekalni u dentysty na Marszałkowskiej będąc jeszcze w podstawówce.

Poznaliśmy się przez internet. Czyli na początku w formacie .jpg.
Teraz jesteśmy głębiej... nie lubimy oboje ani banałów, ani póz, ani hipokryzji.

To jedna z naszych rocznic.
Nie otwieramy szampana, nie oglądamy albumu, nie mamroczemy zaklęć,
nie odstawiamy zabobonnych szopek.
Czy ja siedze w fotelu i dziergam szalik, czy on siedzi w fotelu i pyka na playstation...
Ciągle chcemy tych dni, i za każdy dziękujemy, za każdy jesteśmy wdzięczni. Nie tylko sobie.
I to ma SENS :)

sobota, 4 grudnia 2010

"Dom Dobry"

Dokładnie 4 lata temu po raz pierwszy zasiedliśmy przed naszym kominkiem w naszym domu.
http://futraki.blox.pl/2006/12/Przenosim-sie.html

A tak wyglądał nasz salon pięć dni po przeprowadzce

A tak wyglądał nasz synek w nowym (wtedy) domu


Było to w poniedziałek, dom był pusty, trochę nieoswojony, lekko jeszcze obcy.
Teraz, po 4 latach, obrośliśmy w setki, jeśli nie tysiące rzeczy, dom nie ma dla nas tajemnic, czujemy się tutaj... właśnie jak u siebie w domu. I mamy nadzieję, że inni też się tak czują.
To nasz pierwszy dom wynajęty w Irlandii i mam nadzieję, że ostatni. Bo nie dość że przeniesienie tych wszystkich gratów wymagałoby zaawansowanej akcji logistyczno-porządkowej, to tak po prostu dobrze nam tutaj, mamy swoje ulubione miejsca, mamy własny niepowtarzalny bałagan, w którym wszystko znajdujemy (we właściwym czasie), mamy domowy klimat, mamy wszystko czego nam trzeba, a nawet więcej.
A i naszego landlorda na żadnego innego byśmy nie zamienili.

Jak ktoś jeszcze nie był żeby się przekonać jak to jest w domu Futraków, zapraszamy. Jak ktoś już był i chce zobaczyć co przybyło, zapraszamy równie mocno. My czekamy i się stąd nie ruszamy :)

może nad morze?

Korzystając z doskonałej pogody.... chciałoby się zacząć, ale lepiej napisać prawdę :)
Pomimo zimnego wiatru i zalegającego śniegu z lodem wybraliśmy się nad morze. Tym razem nie na żadną mniejszą plażę, bo mniejsze drogi ciągle jeszcze są przejezdne inaczej, ale do Tramore, naszego kurortu uczęszczanego w lecie, a o tej porze roku cichego i niemal wymarłego.
Pierwszy raz w Irlandii widziałem plażę pokrytą śniegiem. Pierwszy raz widziałem deptak przy plaży pokryty lodem. Pierwszy raz mogliśmy ulepić na plaży bałwana a potem rzucać się śnieżkami. Mogliśmy, ale zabrakło energii wyciąganej skutecznie przez wiatr.
Zrobiliśmy więc tylko kilka zdjęć i zawinęliśmy się na obiad do domu. 
Zuzka bada konsystencję śniegu i piasku :) 

Prezentacja nowych kolorowych getrów

Czapa obowiązkowa, a od szyją chusta od Darka

Domek jak stał tak stoi, fale jak go atakowały tak atakują

A bałwana zamiast na plaży Franek zrobił po domem. Zdjęć brak bo ciemność zapadła. Dziś go jeszcze polepszymy i się pochwalimy.

A tak poza tym? 
W czwartek zawiozłem Darka do Cork na lotnisko, skąd wyruszył do Vancouver w Kanadzie. Dalsza emigracja, kolejny etap w życiu i coraz dalej od domu, ale za to w końcu z ukochaną. Trzymamy kciuki, Daro. Będzie dobrze :)
A ostatnie chwile ulubionego wujka z Zuzką wyglądały tak:

Przez pogodę dzieci miały nieplanowane ferie. Tydzień wolnego w szkole i przedszkolu. Polskiej Szkoły też nie ma, więc Franek (żeby nie zwariować ze starymi w domu) idzie dziś z koleżanką do kina, lub na film, jak kto woli :) Więcej nie powiem, niech sam napisze.
Ciągle z zadziwieniem obserwuję reakcje Irlandczyków na lód, śnieg i niskie temperatury. Jazda 20 km/h, hamowanie na śniegu z wciśniętym na maksa hamulcem, ruszanie na najwyższych obrotach. Nie uważam się za jakiegoś mistrza jazdy po śliskim, ale radzę sobie i jakoś mnie nie przeraża wizja wyjazdu samochodem na ośnieżoną ulicę. A tymczasem w Waterford coraz więcej miejsc pozamykanych z powodu pogody. Ale cóż, skoro niektórzy chcą do pracy dojść na szpilkach albo w letnich pantoflach, to nic dziwnego, że nie dają rady. I że w lokalnym szpitalu ilość przyjęć z połamanymi kończynami podobno wzrosła o kilkadziesiąt procent.

Acha, spostrzegawczy pewnie zauważyli, że Franek skorzystał z możliwości i zaczął pisać tutaj. Delikatnie prosimy o doping. Niech chłopak pisze dalej :)

czwartek, 2 grudnia 2010

Czwartek 2 Grudnia

Dzisiaj rano poszedłem z Mamą i z Zuzą na miasto.
I jak byliśmy na mieście to poszliśmy do charity shopu.
Potem byliśmy w Simonie.
A po Simonie byliśmy w bibliotece.
A za tydzień to ciocia Agata przyjedzie z Polski.

wtorek, 30 listopada 2010

36* lat temu...

... był też pierwszy grudnia.
Poczęłam się byłam.
Mamo i Tato - dziękuję!
Chwała Panu!

*sprostowanie 36 lat temu, bo 35 lat skończyłam w sierpniu.



22:46 właśnie odwołali jutro Franka Szkołę :)

Najpierw będzie o chlebie naszym powszednim, chlebie z przepisu Mojej Teściowej, chlebie na który czekają znajomi gdy jest w piecu, lub nie odmawiają skosztować jak dowiedzą się, że to wyrób domowy. Nie pierwszy to chleb z "własnej ręki" bo różne robiłam, na zakwasie żytnim także. Ale ten jest do zrobienia lewą ręką w międzyczasie, prosty jak baranie rogi. No i cudnie się kroi, cudnie smakuje ZAWSZE :) Krzysiek sam go kiedyś uczynił własnoręcznie, bo ja coś innego mieszałam w garach. Trwa to 10 minut (przygotowanie), 30 minut potrzebuje chleb kiedy rośnie, 60 minut się piecze. Znika w zastraszającym tempie :)

Potrzebne produkty to :
1 kilo mąki
( pełnoziarnista (2,8e za 2 kilo)
i pszenna (ok 1e za kilo) - po fifty-fifty)
pół paki - 50g świeżych drożdży (0,35e za 100g) lub 3 paki suchych (0,49 za jedną pakę)
no i fantazja czyli : ziarenka słonecznika (2,09 za 300g), dyni (2,05e za 300g), i/lub śliwki (2,95e za 500g) , siemię (nie było ostatnio) Słonecznika idzie pół paki, dyni 1/3, śliwek pół paczki.
łycha soli, woda, łyżka cukru, margaryna i otręby do formy,
olej do posmarowania chleba,

Drożdże podtuczyć łyżką mąki, łyżką cukru i wymieszać z ciepłą wodą. Niech ożyją.
W tym czasie suche produkty w misce przemieszać. Wysmarować blaszki, posypać czymśtam, na przykład płatami owsianymi. Droższe ruszają - więc przelać je do miski z suchościami, dodać litr ciepłej wody i zamieszać łapą własną. Przełożyć do blaszek i dać temu odsapnąć na 30 minut. Potem do pieca na godzinę. Według zaleceń Mojej Teściowej, na 10-15 minut przed końcem smarujemy wierzch olejem.
Potem studzimy na bokach. Nie wiem czemu, no ale tak robimy. Chleb na boku nie broni się jednak przed szybkimi łasuchami, więc kroimy go już na gorąco... i żywimy swoje cudne organizmy.
Z tego przepisu mamy chleby po ok 1200gram, w zależności od odwiedzin starcza nam na 1,5-3 dni. Koszt produktów do chleba więc w zależności od tego jakie były użyte drożdze między 2,9-2,3e za chleb. Ktoś mję zapytywał był więc opisuję :)

A to po prawo to zdjęcie białej czapki naszego samochodu. Wykonane 15 minut temu. Świat jest cudny! Wierzyć się nie chce, że mamy taką niespodziankę. Jestem od soboty rana prawie w euforii z tego powodu. Po mężu i dzieciach widzę także, że też ich to raduje, więc jakimś dziwolągiem nie jestem, ewentualnie raźniej mi w futraczanej bandzie wielkich ludzkich dziwolągów!

Szkołę Franka przywrócono przed wieczorną śnieżycą do używalności, ciekawi mnie dzień jutrzejszy, co to będzie i jak to będzie...
Krzysiek szukał dziś hurtowni sanek w Polsce, ale nie mamy w sobie żyłki handlowej, a śnieg i tak stopnieje. W wyznaczonym dla siebie czasie. Nam pozostaje cieszyć się z każdego dnia, i z pogody także bo - przecież jest za darmo :) Jak mawia moja siostra, która niedługo nas nawiedzi ze Szfagrem, czyli Swoim Mężem.

Jutro swoją ostatnią noc w Irlandii spędzi u nas Nasz Przyjaciel.
Rusza za Wielką Wodę ku nowemu, a ja przywykłam, że od dziesięciu lat nasz kontakt czasem obywa się spotkań na żywo. No bo musi.
Rozstania i podróże przecież są potrzebne.
Dla pomyślunku, dla dojrzałości, dla refleksji, dla wzrostu, dla poznania siebie.
Dla pozostających i dla wyjeżdżających.

zima trzyma

Zima nie odpuszcza. Wprawdzie z tego co widziałem na zdjęciach (na przykład tutaj) nie jest tak fatalnie jak w Warszawie, ale jak na Irlandię to niemal klęska żywiołowa. Ulice pustawe, bo szkoły zamknięte do odwołania. Nikt się jeszcze bardziej nie spieszy, bo chodniki i często ulice pozamarzane. Każdy wie, że pewnie przez powolną jazdę wszyscy i wszędzie się spóźniają. Opon zimowych do samochodów brak, czyli na jezdniach mamy czasami jazdę figurową w stylu rozpaczliwca.
I wychodzi też brak obycia Irlandczyków z taką zimą (dla nas w zasadzie normalną). Postawienie na ostrym podjeździe pod osiedle dwóch samochodów naprzeciwko siebie i zostawienie innym kierowcom wąskiego oblodzonego przejazdu nie jest rozsądne. Tak samo zresztą jak jazda 20 km/h po wzorowo odśnieżonej obwodnicy tylko dlatego bo na poboczu leży 20 cm śniegu. No i ta bezgraniczna u niektórych wiara w potęgę ABS-u czyli działanie na zasadzie "cisnę hamulec i zobaczymy co będzie". Dobrze że chociaż oczu przy tym nie zamykają. Ale blacharze i tak zbiorą żniwo :)
A plusy? Oj za wiele by pisać. Dzieciaki zachwycone. I nie tylko tym że szkoły pozamykali więc mają dodatkowe ferie. Widziałem już kilka patentów, żeby śnieg na górkach wykorzystać. W ruch poszły tacki, worki plastikowe, tektury, duże pudła i wiele innych innowatorskich pomysłów. Za rok trzeba będzie śledzić prognozy i ceny sanek w hurcie :)
Poza tym Irlandia wygląda jak kraj z bajki o Królowej Śniegu. Jechaliśmy w niedzielę do Tramore na urodziny koleżanki Zuzki, a że jechaliśmy powoli miałem okazję popatrzeć na okolicę. Jest po prostu pięknie. Było takie miejsce, które wyglądało jak żywcem wyjęte z polskich gór, może nawet z okolic Żywca :)
O tych zachwytach pewnie więcej napisze Iwka i poprze obrazkami. Obiecała :)

PS. Rozwidniło się i wygląda na to że w nocy jeszcze dopadało śniegu. I ciągle lekko pada. Wiem, że to wydaje się śmieszne nic dla tych, którzy mają takie coś pod nosem, ale cóż - inny klimat :)

sobota, 27 listopada 2010

na biało

Mieliśmy jechać do Cork na Kongres Forum Polonia. Dzieci miały opiekę, my byliśmy nastawieni pozytywnie, samochód był gotowy. Tylko pogoda miała inne plany.
Iwka wstaje, wygląda przez okno i woła: "Rany! Śnieg! Śnieeeg!!!"
I faktycznie, Waterford i okolice zsypało. Podobno te okolice to nawet takie dalsze, żeby nie powiedzieć, że całą wyspę. Franek pojechał do polskiej szkoły, ale dzieci za wiele pewnie dziś się nie pojawi, nauczyciele przyjezdni pewnie też nie dotrą. Normalnie kilka centymetrów śniegu i kraj zamiera pod białą pierzyną :)
A nasz pojazd wygląda tak:

Pilnuje go bardzo groźny bałwan :)

Chociaż przy bliższym poznaniu daje się lubić :)

Śniegu jeszcze dosypują, więc pewnie popołudniem, jak ubrania wyschną, przed domem stanie drugi bałwan, albo bałwanica :)

To tak na szybko, póki jeszcze internetu nie zasypało.

wtorek, 23 listopada 2010

rozjeżdżamy się

Chociaż pogoda raczej jesienna i nie do końca wycieczkom sprzyja, korzystać z samochodu trzeba, nie? I korzystamy w każdej wolnej chwili. Wycieczki małe i duże zostały już zrobione, mniejsze i większe jeszcze w planach bliższych i dalszych. Na pewno w drugi grudniowy weekend gdzieś pojeździmy, bo nawiedzi nas szwagierstwo w postaci Agaty i Kuby. Już obmyślamy gdzie i jak by ich najlepiej zrelaksować :)
Tymczasem wyskakujemy tu i tam. Na przykład w zeszły czwartek nad rozfalowany ocean, który się wlewał do małej skalistej zatoczki obok Tramore. O dokładnie tutaj.
Wyglądało to mniej więcej tak:




Wiało i chlapało, ale dzieciaki były zachwycone. Dorośli w postaci Iwki, Darka i mnie zresztą też.

O ile pogoda dopisze, a właśnie wyszło słońce, może i dziś gdzieś skoczymy się dotlenić :)

czwartek, 18 listopada 2010

halo, halo...

Dziś będzie paradoksalnie trochę.
Bo fotograficznie i telefonicznie zarazem. Pewnie dla pokolenia naszych dzieci normalne będzie, że telefon ma w sobie aparat, kamerę i setki innych bajerów. Albo raczej, że takiego kombajnu do muzyki, wideo i gier można też przy okazji zadzwonić.
Dla mnie to ciągle coś nowego.
Ale żeby nie przeciągać, wczoraj zgrałem zdjęcia z naszych telefonów i chętnie je wam pokażemy (no dobra, nie wszystkie, bo tego bloga czytają też dzieci :P)

Kolejność przypadkowa :)

Imieniny Iwki, wizyta w nowej polskiej knajpie "Koliba", jak dotąd jedynej w Waterford. Jedzenie przepyszne, właściciele przesympatyczni. Zapraszamy :)

Przygotowania do Balu Wszystkich Świętych. Zuzka miała być aniołkiem, ostatecznie wystąpiła bez aureoli, ale przed wyjściem dała się namówić na pozowanie.

Franek na urodziny, za euro od babci, kupił sobie piłkarzyki. Bilans miesiąca - jeden turniej rozegrany, częsty hałas z przybudówki, zajęcie dla dzieci jest (i dla dorosłych też). Jednym słowem - same plusy.

Nasz nowy Opel. Po małej Corsie, tym razem duża Vectra. Jeździ wspaniale, mieści Futraków doskonale. Zapraszamy na wycieczki :)

Pewnego dnia w październiku zabrałem się za porządki w ogrodzie. Zapał chyba udzielił się Zuzce, bo łapała się a to za grabie, a to za szczotkę i pomagała na potęgę.

 Fragment wystawy "PRL - tak daleko, tak blisko..." otwartej w ubiegły piątek (aż trudno uwierzyć, że to już prawie tydzień minął) w Waterford. Tylko proszę nie pytajcie Franka ile to jest "3 razy NIE", bo was pogryzie. Utrwala sobie właśnie tabliczkę mnożenia i idzie mu na tyle opornie, że na każde "razy" reaguje wysypką, pianą z ust i wyciem. No dobra, przesadzam, ale lepiej go mnożeniem nie drażnić :)


A jak nie mieliśmy samochodu to jeździliśmy autobusem, i też wesoło było. Rower też był w użyciu. I wcale się z nim nie rozstajemy, tylko niestety pogoda lekko nie sprzyja rowerowym wypadom.

 Przy okazji wizyty historyków z IPN odwiedziliśmy Waterford Crystal. Franek stwierdził, że kiedyś chciałby tam pracować, a powiedział to na tyle głośno, że jeden z pracowników pozwolił mu przy maszynie postać, kryształ potrzymać i takie tam...
I jeszcze ruchome obrazki z tego wydarzenia:



Dobra, czas kończyć :)