wtorek, 30 listopada 2010

36* lat temu...

... był też pierwszy grudnia.
Poczęłam się byłam.
Mamo i Tato - dziękuję!
Chwała Panu!

*sprostowanie 36 lat temu, bo 35 lat skończyłam w sierpniu.



22:46 właśnie odwołali jutro Franka Szkołę :)

Najpierw będzie o chlebie naszym powszednim, chlebie z przepisu Mojej Teściowej, chlebie na który czekają znajomi gdy jest w piecu, lub nie odmawiają skosztować jak dowiedzą się, że to wyrób domowy. Nie pierwszy to chleb z "własnej ręki" bo różne robiłam, na zakwasie żytnim także. Ale ten jest do zrobienia lewą ręką w międzyczasie, prosty jak baranie rogi. No i cudnie się kroi, cudnie smakuje ZAWSZE :) Krzysiek sam go kiedyś uczynił własnoręcznie, bo ja coś innego mieszałam w garach. Trwa to 10 minut (przygotowanie), 30 minut potrzebuje chleb kiedy rośnie, 60 minut się piecze. Znika w zastraszającym tempie :)

Potrzebne produkty to :
1 kilo mąki
( pełnoziarnista (2,8e za 2 kilo)
i pszenna (ok 1e za kilo) - po fifty-fifty)
pół paki - 50g świeżych drożdży (0,35e za 100g) lub 3 paki suchych (0,49 za jedną pakę)
no i fantazja czyli : ziarenka słonecznika (2,09 za 300g), dyni (2,05e za 300g), i/lub śliwki (2,95e za 500g) , siemię (nie było ostatnio) Słonecznika idzie pół paki, dyni 1/3, śliwek pół paczki.
łycha soli, woda, łyżka cukru, margaryna i otręby do formy,
olej do posmarowania chleba,

Drożdże podtuczyć łyżką mąki, łyżką cukru i wymieszać z ciepłą wodą. Niech ożyją.
W tym czasie suche produkty w misce przemieszać. Wysmarować blaszki, posypać czymśtam, na przykład płatami owsianymi. Droższe ruszają - więc przelać je do miski z suchościami, dodać litr ciepłej wody i zamieszać łapą własną. Przełożyć do blaszek i dać temu odsapnąć na 30 minut. Potem do pieca na godzinę. Według zaleceń Mojej Teściowej, na 10-15 minut przed końcem smarujemy wierzch olejem.
Potem studzimy na bokach. Nie wiem czemu, no ale tak robimy. Chleb na boku nie broni się jednak przed szybkimi łasuchami, więc kroimy go już na gorąco... i żywimy swoje cudne organizmy.
Z tego przepisu mamy chleby po ok 1200gram, w zależności od odwiedzin starcza nam na 1,5-3 dni. Koszt produktów do chleba więc w zależności od tego jakie były użyte drożdze między 2,9-2,3e za chleb. Ktoś mję zapytywał był więc opisuję :)

A to po prawo to zdjęcie białej czapki naszego samochodu. Wykonane 15 minut temu. Świat jest cudny! Wierzyć się nie chce, że mamy taką niespodziankę. Jestem od soboty rana prawie w euforii z tego powodu. Po mężu i dzieciach widzę także, że też ich to raduje, więc jakimś dziwolągiem nie jestem, ewentualnie raźniej mi w futraczanej bandzie wielkich ludzkich dziwolągów!

Szkołę Franka przywrócono przed wieczorną śnieżycą do używalności, ciekawi mnie dzień jutrzejszy, co to będzie i jak to będzie...
Krzysiek szukał dziś hurtowni sanek w Polsce, ale nie mamy w sobie żyłki handlowej, a śnieg i tak stopnieje. W wyznaczonym dla siebie czasie. Nam pozostaje cieszyć się z każdego dnia, i z pogody także bo - przecież jest za darmo :) Jak mawia moja siostra, która niedługo nas nawiedzi ze Szfagrem, czyli Swoim Mężem.

Jutro swoją ostatnią noc w Irlandii spędzi u nas Nasz Przyjaciel.
Rusza za Wielką Wodę ku nowemu, a ja przywykłam, że od dziesięciu lat nasz kontakt czasem obywa się spotkań na żywo. No bo musi.
Rozstania i podróże przecież są potrzebne.
Dla pomyślunku, dla dojrzałości, dla refleksji, dla wzrostu, dla poznania siebie.
Dla pozostających i dla wyjeżdżających.

zima trzyma

Zima nie odpuszcza. Wprawdzie z tego co widziałem na zdjęciach (na przykład tutaj) nie jest tak fatalnie jak w Warszawie, ale jak na Irlandię to niemal klęska żywiołowa. Ulice pustawe, bo szkoły zamknięte do odwołania. Nikt się jeszcze bardziej nie spieszy, bo chodniki i często ulice pozamarzane. Każdy wie, że pewnie przez powolną jazdę wszyscy i wszędzie się spóźniają. Opon zimowych do samochodów brak, czyli na jezdniach mamy czasami jazdę figurową w stylu rozpaczliwca.
I wychodzi też brak obycia Irlandczyków z taką zimą (dla nas w zasadzie normalną). Postawienie na ostrym podjeździe pod osiedle dwóch samochodów naprzeciwko siebie i zostawienie innym kierowcom wąskiego oblodzonego przejazdu nie jest rozsądne. Tak samo zresztą jak jazda 20 km/h po wzorowo odśnieżonej obwodnicy tylko dlatego bo na poboczu leży 20 cm śniegu. No i ta bezgraniczna u niektórych wiara w potęgę ABS-u czyli działanie na zasadzie "cisnę hamulec i zobaczymy co będzie". Dobrze że chociaż oczu przy tym nie zamykają. Ale blacharze i tak zbiorą żniwo :)
A plusy? Oj za wiele by pisać. Dzieciaki zachwycone. I nie tylko tym że szkoły pozamykali więc mają dodatkowe ferie. Widziałem już kilka patentów, żeby śnieg na górkach wykorzystać. W ruch poszły tacki, worki plastikowe, tektury, duże pudła i wiele innych innowatorskich pomysłów. Za rok trzeba będzie śledzić prognozy i ceny sanek w hurcie :)
Poza tym Irlandia wygląda jak kraj z bajki o Królowej Śniegu. Jechaliśmy w niedzielę do Tramore na urodziny koleżanki Zuzki, a że jechaliśmy powoli miałem okazję popatrzeć na okolicę. Jest po prostu pięknie. Było takie miejsce, które wyglądało jak żywcem wyjęte z polskich gór, może nawet z okolic Żywca :)
O tych zachwytach pewnie więcej napisze Iwka i poprze obrazkami. Obiecała :)

PS. Rozwidniło się i wygląda na to że w nocy jeszcze dopadało śniegu. I ciągle lekko pada. Wiem, że to wydaje się śmieszne nic dla tych, którzy mają takie coś pod nosem, ale cóż - inny klimat :)

sobota, 27 listopada 2010

na biało

Mieliśmy jechać do Cork na Kongres Forum Polonia. Dzieci miały opiekę, my byliśmy nastawieni pozytywnie, samochód był gotowy. Tylko pogoda miała inne plany.
Iwka wstaje, wygląda przez okno i woła: "Rany! Śnieg! Śnieeeg!!!"
I faktycznie, Waterford i okolice zsypało. Podobno te okolice to nawet takie dalsze, żeby nie powiedzieć, że całą wyspę. Franek pojechał do polskiej szkoły, ale dzieci za wiele pewnie dziś się nie pojawi, nauczyciele przyjezdni pewnie też nie dotrą. Normalnie kilka centymetrów śniegu i kraj zamiera pod białą pierzyną :)
A nasz pojazd wygląda tak:

Pilnuje go bardzo groźny bałwan :)

Chociaż przy bliższym poznaniu daje się lubić :)

Śniegu jeszcze dosypują, więc pewnie popołudniem, jak ubrania wyschną, przed domem stanie drugi bałwan, albo bałwanica :)

To tak na szybko, póki jeszcze internetu nie zasypało.

wtorek, 23 listopada 2010

rozjeżdżamy się

Chociaż pogoda raczej jesienna i nie do końca wycieczkom sprzyja, korzystać z samochodu trzeba, nie? I korzystamy w każdej wolnej chwili. Wycieczki małe i duże zostały już zrobione, mniejsze i większe jeszcze w planach bliższych i dalszych. Na pewno w drugi grudniowy weekend gdzieś pojeździmy, bo nawiedzi nas szwagierstwo w postaci Agaty i Kuby. Już obmyślamy gdzie i jak by ich najlepiej zrelaksować :)
Tymczasem wyskakujemy tu i tam. Na przykład w zeszły czwartek nad rozfalowany ocean, który się wlewał do małej skalistej zatoczki obok Tramore. O dokładnie tutaj.
Wyglądało to mniej więcej tak:




Wiało i chlapało, ale dzieciaki były zachwycone. Dorośli w postaci Iwki, Darka i mnie zresztą też.

O ile pogoda dopisze, a właśnie wyszło słońce, może i dziś gdzieś skoczymy się dotlenić :)

czwartek, 18 listopada 2010

halo, halo...

Dziś będzie paradoksalnie trochę.
Bo fotograficznie i telefonicznie zarazem. Pewnie dla pokolenia naszych dzieci normalne będzie, że telefon ma w sobie aparat, kamerę i setki innych bajerów. Albo raczej, że takiego kombajnu do muzyki, wideo i gier można też przy okazji zadzwonić.
Dla mnie to ciągle coś nowego.
Ale żeby nie przeciągać, wczoraj zgrałem zdjęcia z naszych telefonów i chętnie je wam pokażemy (no dobra, nie wszystkie, bo tego bloga czytają też dzieci :P)

Kolejność przypadkowa :)

Imieniny Iwki, wizyta w nowej polskiej knajpie "Koliba", jak dotąd jedynej w Waterford. Jedzenie przepyszne, właściciele przesympatyczni. Zapraszamy :)

Przygotowania do Balu Wszystkich Świętych. Zuzka miała być aniołkiem, ostatecznie wystąpiła bez aureoli, ale przed wyjściem dała się namówić na pozowanie.

Franek na urodziny, za euro od babci, kupił sobie piłkarzyki. Bilans miesiąca - jeden turniej rozegrany, częsty hałas z przybudówki, zajęcie dla dzieci jest (i dla dorosłych też). Jednym słowem - same plusy.

Nasz nowy Opel. Po małej Corsie, tym razem duża Vectra. Jeździ wspaniale, mieści Futraków doskonale. Zapraszamy na wycieczki :)

Pewnego dnia w październiku zabrałem się za porządki w ogrodzie. Zapał chyba udzielił się Zuzce, bo łapała się a to za grabie, a to za szczotkę i pomagała na potęgę.

 Fragment wystawy "PRL - tak daleko, tak blisko..." otwartej w ubiegły piątek (aż trudno uwierzyć, że to już prawie tydzień minął) w Waterford. Tylko proszę nie pytajcie Franka ile to jest "3 razy NIE", bo was pogryzie. Utrwala sobie właśnie tabliczkę mnożenia i idzie mu na tyle opornie, że na każde "razy" reaguje wysypką, pianą z ust i wyciem. No dobra, przesadzam, ale lepiej go mnożeniem nie drażnić :)


A jak nie mieliśmy samochodu to jeździliśmy autobusem, i też wesoło było. Rower też był w użyciu. I wcale się z nim nie rozstajemy, tylko niestety pogoda lekko nie sprzyja rowerowym wypadom.

 Przy okazji wizyty historyków z IPN odwiedziliśmy Waterford Crystal. Franek stwierdził, że kiedyś chciałby tam pracować, a powiedział to na tyle głośno, że jeden z pracowników pozwolił mu przy maszynie postać, kryształ potrzymać i takie tam...
I jeszcze ruchome obrazki z tego wydarzenia:



Dobra, czas kończyć :)

czwartek, 11 listopada 2010

październik miesiącem oszczędzania

A listopad miesiącem wydawania. Więc wydaliśmy trochę euro i kupiliśmy samochód. Tak na szybko: jest duży i podoba się nam, jest Oplem Vectrą i ma siedem lat.
Cieszymy się bardzo. Wy też?

To tyle na szybko, bo lecę dalej coś tam porabiać przy przygotowaniach do Dnia Niepodległości i wystawy. Relacje i zdjęcia po weekendzie.

poniedziałek, 8 listopada 2010

wózkownia

Zuzka od kilku dni ma pod opieką dwie małe dziewczynki, czasami dziewczynkę i chłopczyka. Nazywają się różnie, w zależności od humoru. Czasami to Majka i Oliwia, czasem Jeremi i Leila, innym razem w wózku siedzi Majka i Jula. Dozwolone są też różne inne kombinacje. Lalki, bo to o nie oczywiście chodzi, czasami zasypiają i wtedy musimy być cicho. Na szczęście długo nie śpią, bo przecież muszą też zjeść, pochodzić trochę, obejrzeć czasami z Zuzką jakąś bajkę. Słowem córka nasza wsiąkła kompletnie w zabawy z lalkami, a jeszcze od kilku dni ma nowy wózek od Dagmary, który już kompletnie ją zaczarował. Chodzi z nim wszędzie, poprawia kołderki, układa lalki do snu i takie tam rzeczy, które zwykle się robi z małymi dziećmi, lub lalkami właśnie. A najlepsze w tym wszystkim, że lalki niezmiennie są jej "siostrami". Nawet jeśli akurat mają na imię Jeremi. Cóż... kto wie, czy Zuzka czegoś nie wywróży. W razie czego opiekunkę w domu mamy sprawdzoną :)
Tymczasem Franek coraz bardziej dorośleje. Czasami takie tematy poruszy, że aż człowiek się wzruszy, że taki rozgarnięty. Chociaż zaraz potem ten sam człowiek się wkurzy, że synek jakieś głupio-dziecięce psoty odwali. Trochę tak jakby stał okrakiem między takim dorastaniem pełną gębą a takim małym chłopaczkiem, który jeszcze pobawiłby się zabawkami młodszej siostry. Coraz częściej na tapecie pojawiają się filmy z aktorami, a nie kreskówki, coraz częściej jakieś poważnie przygodowe z fabułą, a nie infantylne bajeczki dla dzieci.
Przed weekendem przyszły do nas zamówione odbitki. W sumie prawie 700 zdjęć z prawie trzech ostatnich lat. Sporo? Niby tak, ale tyle się przez ten czas działo, że aż chciało się co najmniej dwa razy więcej zdjęć wywołać. Układając te wszystkie zdjęcia w albumie (w sumie nie wszystkie, bo cześć się nie zmieściła) co chwila doznawałem wrażenia podróży w czasie. Do chwil, które bez tych zdjęć umknęłyby w natłoku codziennych zajęć.
Na przykład taki marcowy wypad na plac zabaw, kiedy słońce przygrzało jak w lecie.


Albo zimowy spacer po plaży w Woodstown.


Niby nic się nie wydarzyło, ale to jedne z tych chwil wartych zapamiętania. Takich właśnie tylko naszych, z których się składa futrakowe życie. Bo mam wrażenie, że to co na zewnątrz, co przeżywane z innymi to już nie do końca nasze, przynajmniej nie w całości.
Za kilka dni na parę godzin znów staniemy się "nie nasi". Współorganizujemy wystawę o PRL, przyjmujemy historyków z IPN, zapraszamy oficjeli, szykujemy wszystko, żeby grało i śpiewało. I mamy nadzieję, że ktoś oprócz nas będzie się dobrze bawił. Przynajmniej tak dobrze jak nasze i inne dzieci na niedawnym Balu Wszystkich Świętych (zdjęcia tutaj).

poniedziałek, 1 listopada 2010

Pierwsze koty za płoty

Przenieśliśmy się.
Od dziś blog futraczany będzie kontynuowany tutaj. Wygodniej, sprawniej, jakoś mam wrażenie, że łatwiej będzie pisać. Jak będzie naprawdę, się zobaczy.
Oczywiście starego bloga nie kasujemy, ciągle będzie można poczytać o tym cośmy porabiali przez ostatnie 4 lata.
Acha... i tutaj też Franek może pisać, więc spodziewajcie się różności :)


PS. Przez najbliższe dni, a może i tygodnie wygląd będzie się płynnie zmieniał, w zależności od naszego nastroju, chęci do "dopieszczenia" bloga, zapału i innych czynników pogodowych. Jeśli wejdziecie tutaj jutro czy pojutrze i powita was inna szata graficzna, nie stresujcie się, to będziemy ciągle my, te same Futraki :)

Dzień dobry-wieczór!

Chciałabym powitać WAS wszystkich serdecznie na naszym blogu. Może bardziej zwrócę uwagę na to, że dawno nie pisałam, niż to, że mamy nowy adres. Tak jakoś "leżenie" bloga na serwerze gazety (wiadomojakiej) mnie zniechęcało... W każdym razie, będzie więcej słowa pisanego, i obrazów też, i dźwięków :) Tutaj na bloggerze mamy łatwiejszy do tego dostęp (podobno).

Pierwszolistopadowy wieczór jak i cały dzień, deszczowy. Skostniały po dyżurze w EpiCentrum mąż mój, wcześniej dziś rozpalił kominek, właśnie komentowałam, ze brak mi dzwięków trzaskania drewien, bo dokładamy węgiel, żeby służej "trzymało".

O wczorajszym Balu Wszystkich Świętych, który wraz z zaprzyjaźnioną rodziną robiliśmy dla dzieci, opowiem jutro, jak i może więcej o tym co ja właściwie robię, że czasu nie mam :)

Tęsknię za Wami, za tym listopadowym dniem, za tym specjalnym rodzajem spotkania żywych nad grobami bliskich. I "niby" smutne, ale ile siły daje do życia! Bo czy nie fantastycznie ktoś powiedział "dopiero myśl o śmierci, sprawia, że zaczyna się żyć naprawdę"
Byłam dziś nad grobami ludzi mi nieznanych, ale znam już ich imiona i pełnione tu na ziemi funkcje. Myślę o moich bliskich zmarłych w tym roku w dobry, specjalny nigdy mi nie znany sposób.