wtorek, 25 stycznia 2011

balowaliśmy

W niedzielę stworzenia boże spotkały się na balu, i my tam też byliśmy. Zuzka robiła za aniołka, Franek - za bobra, Iwka - za organizatorkę, ja - za fotografa. Wszystko się ładnie zgrało i tak wyglądało:
Chwila dla fotoreporterów zanim zaczęła się zabawa

Aniołek zuzkowy 

Bóbr frankowy (już bez zębów) 

Pszczoły wyjątkowo  nie żądliły


"Zwijaj! Zwijaj!" było słychać

Tańce hulanki swawole 
(to ostatnie słowo często powtarzane przez Zuzkę za sprawą "Pawła i Gawła")

Zadania zostały wykonane bezbłędnie 

Nawet anioły lubią pizzę 

Pszczoła, nie osa. Żeby była jasność :) 

Pląsy siedzące 

Pląsy stojące 

Krzesła gorące 

Zuzka jest ponad to, po prostu ładnie wygląda 

Trochę ruchu nie zaszkodzi 

Główna pani sprawczyni, wodzirej, siła napędowa we własnej pszczelej osobie

Bilans wieczora wygląda tak:
- dzieci zadowolone
- dorośli też wydawali się zadowoleni
- strat żadnych

Czyli DOBRZE BYŁO!

sobota, 22 stycznia 2011

trzecie łózko

Od dwóch nocy Zuzka śpi na nowym łóżku. Dwa poprzednie nie chciały rosnąć razem z nią i trzeba było im powiedzieć "do widzenia", czy raczej "good bye", bo to w końcu miejscowe łózka były. Teraz nie dość że nowe łózko urosło wzdłuż, zgodnie z kierunkiem rośnięcia Zuzki, to jeszcze i w górę. Jednym słowem dorobiła się córka łóżka piętrowego, chociaż nie takiego klasycznego, bo ma tylko piętro właśnie, a pod nim sporo wolnego miejsca na zabawki, materac dla lalek, półkę na książki i inne pierdołki, które znalazły miejsce i przestały pałętać się pod nogami.
Zuzka wydaje się być zachwycona. Wchodzi i schodzi po czterech (czy może pięciu) schodkach z taką zwinnością jakby nic innego przed snem i nad ranem nie robiła. No i duży plus... w nocy nie jest jej tak łatwo nawiedzać rodziców, w związku z czym mamy nadzieję wysypiać się w małżeńskim łożu jako para, bez dodatkowego młodego osobnika. Z drugiej strony jak już się zdarzy, że Zuzka się pojawi u nas, trzeba potem ją wnieść "na pięterko" co przy jej ponad 20 kilogramach wagi staje się zadaniem "nie-takim-znowu-łatwym".
Nic to... na razie druga noc była. Teraz Zuzka bawi się na górze co samo w sobie jest ewenementem, bo zwykle o tej porze była już na dole i męczyła tatę :)

Trzecie łózko, trzecim łóżkiem, a za trzy tygodnie zobaczę się ze swoją siostrą i jej mężem szanownym, a trzy dni potem z najszacownieszymi rodzicami swymi. Przyjeżdżają na czwarte (żeby za dużo tych trójek nie było) urodziny Zuzanny W. Oj będzie się działo.
Dzieciaki już doczekać się nie mogą. Dorośli zresztą też nóżkami przebierają i szykują powoli menu, plan wycieczek i różne atrakcje.

Z innych nowości u Futraków:
- mamy kamerkę internetową i przeżywamy okres fascynacji, czyli codziennie gdzieś dzwonimy i podglądamy rodzinę. Iwka prosiła, prosiła i wyprosiła. I na razie nie narzekam, dzieci też nie, a najmniej to chyba dziadkowie. Mogą z wnukami na żywca pogadać, poobserwować, pokazać coś ciekawego. Generalnie jest git (aż się dziwię samemu sobie że to napisałem).
- jutro idziemy na Bal Bożych Stworzeń, idziemy i jako uczestnicy i jako organizatorzy. Iwka będzie pszczółką, lub osą, w zależności od humoru, Zuzka aniołkiem, a Franek i ja - innymi stworzeniami, dziś się pewnie okaże jakimi. Foto-relacja będzie na pewno.
- od kilku dni mamy pożyczone klawisze i oprócz tego że Iwka ćwiczy pieśni jakieś, to czasami dzieci się dorwą i wtedy na przykład takie koncerty mamy (czasami przez godzinę w kółko to samo):

poniedziałek, 17 stycznia 2011

piernikos

Dziś dziewczyny, głównie starsza, robiły pierniczki-medale. Cała kuchnia zajęta, dobrze, że po świętach jeszcze duży stół stoi. Inaczej nie pomieściłyby się wszystkie pierniki. Teraz leżą i kuszą, wyglądem i zapachem. Aż chyba jakąś kanapkę na ostro sobie zrobię, żeby od słodkiego się odstosunkować.
Zresztą sami oceńcie czy można wytrzymać i nie zjeść..




A potem dzieci nas uraczyły wieczornym koncertem na 20 palców :)

Takie to wieczorne zajęcia mamy.

czwartek, 13 stycznia 2011

codzienność nas nie męczy

W zasadzie chciałoby się codziennie coś napisać, ale albo nie ma o czym ciekawym, albo czasu nie ma, albo jakieś ciekawsze zajęcia się znajdują. 
Żyjemy sobie spokojnie, bawimy się z dzieciakami, chodzimy spać, wstajemy wcześnie rano, jemy posiłki, oglądamy czasami filmy, gramy w gry... w zasadzie nic ciekawego.
W niedzielę dodaliśmy do naszej codzienności wycieczkę w piękne okoliczności przyrody.
Mellary Grotto plus Mellary Abbey prawie w górach a potem zaledwie pół godziny drogi stamtąd plac zabaw nad samym morzem.
Obrazkowo wyglądało to tak:
 Przed grotą (która tak naprawdę była zagłębieniem w ziemi)

Mellary Grotto 


Mellary Abbey - naprawdę robi wrażenie 

 W fontannie pod cienką warstwą lodu leżały zamarznięte rybki. Dobrze, że Zuzka mała jeszcze jest i nie widziała.


Chwile rozrywki po chwilach zadumy


Robiło się ciemno, wiało zimnym wiatrem, dzieci z mamą poszły do samochodu, ja usiłowałem jakieś ostatnie kawałki światła złapać, wyszło jak wyszło.

Wróciliśmy do domu ciemnym wieczorem, przewietrzeni, lekko przemarznięci, ale zadowoleni. Szczególnie zadowoleni byli rodzice, kiedy natlenione dzieci padły szybko i wczesną porą mieliśmy czas dla siebie. Ale o tym to już publicznie pisać nie będę, nie? :)

wtorek, 4 stycznia 2011

wracamy do normy

Powoli noworocznie wracamy do naszego unormowanego życia :)
Znaczy się będziemy się wtłaczali w codzienność ograniczoną z jednej strony odwiezieniem dzieci do szkoły/przedszkola, z drugiej strony ich przywiezieniem, a z trzeciej dodatkowymi zajęciami w tak zwanym "międzyczasie". Nie bez kozery napisałem "wtłaczali", bo świąteczny okres trochę nas kulinarnie rozpuścił i trzeba się za siebie wziąć.
Dziś do przedszkola wróciła Zuzka. Była pierwsza ze wszystkich dzieci. Lekko zaspana, bo do wczoraj wylegiwała się do 9:00 albo i dłużej, ale zadowolona i chętna do zabawy.
Za tydzień do szkoły wraca Franek. Pewnie mniej chętnie, bo zabawy odpowiednio mniej, ale chyba też trochę się stęsknił za kolegami (i koleżankami, oczywiście). Po drodze czeka go jeszcze bolesny powrót do Polskiej Szkoły, ale twardy jest, przeżyje.
Korzystając z wolnego poniedziałku i niespożytej energii dzieciaków wybraliśmy się wieczorową porą obejrzeć puste miasto. Sklepy pozamykane, ludzie pojedynczo przemykają ulicami, cisza i spokój. Zupełnie jak nie Waterford.
Nawet kilka duchów się pokazało :)





A już za chwilę, już za chwileczkę, raptem za miesiąc z hakiem zobaczymy naszą rodzinę w postaci moich własnych, osobistych rodziców i osobistej siostry z jej osobistym mężem. Doczekać się nie możemy :)