poniedziałek, 28 lutego 2011

W Galway też byliśmy

Do Galway dojechaliśmy zgodnie z planem, oczywiście planem ogólnym zrobionym w zarysie "na kolanie". Również zgodnie z tym samym planem zjedliśmy późny obiad, poprzedzony kilkoma partiami "Pędzących żółwi", czyli gry która dobra jest na każdą okazję i dla każdego zapewniając rozrywkę i emocje, a przy tym będąc na tyle krótką, by zagrać można było właśnie czekając na pyszne gołąbki.
Zjedliśmy co było do zjedzenia, wypiliśmy co było do wypicia, a że nie było sensu siedzieć w hostelu (tym bardziej, że pokój mieliśmy typowo sypialniowy, bez miejsca do posiedzenia nawet), wybyliśmy na miasto. I trzeba przyznać, Galway wieczorową porą jest urocze. Chociaż młodsze od Waterford, wydaje się mieć więcej duszy, więcej zabytków, lepiej wyeksponowanych i ciekawszych. A może to kwestia obycia się z tym co oferuje Waterford?




Faktem niezaprzeczalnym jest to, że w czwartkowy wieczór Galway żyje. Pełne kawiarnie, knajpy, puby, restauracje, sporo ludzi na ulicach i ogólnie atmosfera przyjemna. Porównując to z Waterford, trzeba przyznać, że nasze miasto ma dużo do nadrobienia. Wystarczy się przejść w tygodniu po głównym placu Waterford wieczorową porą, by zobaczyć... no właśnie... wielkie NIC. Główny plac, który powinien tętnić życiem, gdzie ludzie powinni siedzieć w kafejkach, chodzić do knajp na kolacje, spotykać się rodzinami na herbacie, piwie, winie, zamiera wraz z zamknięciem sklepów. Samotni przechodnie przemykający się w sobie tylko znanym celu i poza tym generalna pustka.
Tymczasem w Galway aż się chce zajrzeć do co drugiej knajpy. I jedna nas na tyle skusiła, że zajrzeliśmy. Podobno był to najstarszy pub w mieście, nazywał się King's Head i mieścił się w budynku, który podobno pamięta XIII wiek (tak, nie pomyliłem się w cyferkach rzymskich - chodziło o TRZYNASTY wiek). Oznaczałoby to, że siedzieliśmy w murach, które mogą mieć jakieś 800 lat. Biorąc pod uwagę, że pewnie na przestrzeni wieków kilka razy budynek przebudowano, i tak te lata robią wrażenie. Nie powiem, żeby Guiness smakował jakoś lepiej, ale było miło.


Jako, że dzieci nie mogą siedzieć w pubach dłużej niż do 21:00, po godzinie trzeba było się zbierać. Jeszcze tylko krótki spacerek do hostelu z zahaczeniem o bagażnik samochodu i mogliśmy zacząć zalegać. A przy czym zalegaliśmy to już cicho sza :)
W końcu następnego dnia czekały nas nie lada atrakcje...

sobota, 26 lutego 2011

w krainie whiskey

A po urodzinach Zuzki, z pełnoprawną czterolatką na pokładzie wyruszyliśmy po przygodę :)
A konkretnie w kierunku Tullamore. Najpierw szeroką autostradą, a potem coraz bardziej krętymi i zamglonymi drogami dotarliśmy w końcu do uroczego miasteczka słynnego głównie z whiskey i festiwalu muzyki irlandzkiej. Mgły się rozwiały i cel naszej podróży był doskonale widoczny. A celem było muzeum Tullamore Dew.

Tak wyglądała nasza ekipa po wyjściu i po degustacji. Jak widać humory dopisują :)

Muzeum samo w sobie jest niewielkie i w zasadzie na zwiedzanie wystarczy godzina, ale fantastyczne jest to, że dosłownie wszystkiego można dotknąć, popróbować i zobaczyć jak działa. Szczególnie dzieci miały z tym frajdę.

Zuzka przesypywała i mełła ziarno.

Potem dzieci zawarły bliższą znajomość z panem z rozlewni. Na nasze szczęście pan już nic nie rozlewał.

Franek doświadczył jak to bywało być niegrzecznym w szkole. Czasami mam wrażenie, że błędem była rezygnacja z ławek z dybami na nogi. Niektórym najwyraźniej przydałby się taki "przymus" oświatowy.

XIX-wieczna dama Zuzanna we własnej osobie. Ze wszystkich czterech pań tylko ona zdecydowała się przymierzyć coś z przepastnej szafy pełnej ubrań z epoki.

No i chwila na którą czekali wszyscy! No, może oprócz kierowców. W cenie biletu mieliśmy degustację. Typów whiskey było w sumie pięć, a kieliszków sześć. Tym samym w dwóch znalazło się Irish Mist, czyli whiskey dla pań z dodatkiem miodu i tajemnych ziół.
Degustacja przebiegła sprawnie i w dobrych humorach, tym lepszych im mniej było w kieliszkach. I trzeba przyznać, że marketing był skuteczny, bo każdy wyszedł z przynajmniej jedną buteleczką czegoś dobrego.
A po wizycie w Tullamore pomknęliśmy do Galway, gdzie moja nieoceniona żona znalazła nam nieprzyzwoicie tani nocleg w hostelu, tym samym w którym spaliśmy we dwójkę podczas naszej podróży poślubnej.
Ale o Galway będzie następnym razem... ok?

czwartek, 24 lutego 2011

Mama! Tata! Mam 4 lata!

Mam takie nieodparte wrażenie, że nie tak dawno pisałem notkę o Zuzkowych trzecich urodzinach, o właśnie, i że niedawno robiłem galerię jej zdjęć z okazji trzecich urodzin, o tutaj. Okazuje się, że było to rok temu, a czas nieubłaganie dobiegł do kolejnego lutego i Zuzka skończyła 4 lata. W tym roku gości miała znamienitych, prosto z Polski - dziadków i ciocię z wujkiem.
W porównaniu z Zuzką sprzed roku zmiana zaszła kolosalna. Teraz dziewczę gada jak najęte, komentuje, mądrości swoje nam prezentuje, film potrafi opowiedzieć, własne zdanie wyrazić dobitnie i nie znosząc sprzeciwu. Jednym słowem - panienka z niej.
Zdaje się, że Franek coraz częściej dostrzega zalety posiadania gadającej, rozumiejącej i logicznie myślącej siostry. A to ją wyśle, żeby poprosiła o włączenie filmu, wiedząc, że ma większe szanse przebłagać rodziców, a to wciągnie ją do do zabawy. a to pogra w grę jakąś. Zaczyna kumać, że zaraz będzie miał w Zuzce nie wroga i przeszkadzajkę, ale kumpla, nieco młodszego może, ale kumpla.
Sam pamiętam jak długo dochodziłem do tego, że siostra to wcale nie zło wcielone, ale czasami może się przydać na coś :) A że różnica między mną a Magdą jest niemal identyczna jak między Frankiem a Zuzką, więc pewnie i synek podąży podobną drogą, a ja tylko z własnego doświadczenia mogą mu radzić którędy lepiej nie iść, a którędy będzie mu łatwiej.
A namacalnym dowodem rosnącej przyjaźni między rodzeństwem jest fakt, że Franek w tym roku po raz pierwszy kupił Zuzce prezent na urodziny, taki od siebie, taki na który wydał kawałek kieszonkowego. I wręczył go z zaznaczeniem, że to od niego. I trafił w gusta Zuzki idealnie. Zresztą podobnie jak reszta prezentodawców, bo taką pogodną czterolatkę łatwo zadowolić. Na przykład tak:

Albo tak:

Tego samego dnia Zuzka dostała jeszcze od dziadków naręcze ubrań, bluzeczki, płaszczyk, i jeszcze kilka których nie pomnę, ale których dużo było. W poniedziałek zdecydowanie zażądała założenia do przedszkola bluzki od babci i dziadka, a wczoraj kładąc się spać kazał mi ją uprać, żeby dziś ją znów założyć. Wnioskuję z tego, że jej się podoba. Boję się co to będzie jak na wiosnę wyciągniemy resztę zakupów.

A tak w całej okazałości wyglądała jubilatka:

Jeszcze kilka słów o hicie ostatniego tygodnia. Zuzka dostała grę "Pędzące żółwie", wydawałoby się prosty wyścig pięciu drewnianych żółwików, ale jak się okazuje prostota jest siłą tej gry. Partie nie trwają dłużej niż 15-20 minut, ale ile w nich emocji, ile kombinowania. Miłośnikom szybkich planszówek polecam. Wszystkim innym - też.
A żeby nie było, że gołosłowny jestem. Moja własna siostra, zdecydowania już dorosła i mężata nawet, stwierdziła, że muszą sobie z mężem "Pędzące żółwie" kupić. Spodobały się chyba.
A przykładowa partyjka wygląda tak:

CDN...

wtorek, 22 lutego 2011

w dziurze

Tak, tak, wiem... Dawno nie pisaliśmy nic, ale swoje powody mieliśmy. Bo generalnie ciągle coś, a to jedno a to drugie, a to trzecie. No i oczywiście mieliśmy ważnych gości. Najpierw na rekonensans zleciała moja własna osobista siostra z mężem, a potem na teren już rozpoznany przybyli rodzice i dziadkowie w jednej osobie.
Ale po kolei... Jako że zaległości są spore, będzie w telegraficzno-obrazkowym skrócie.
W niedzielę z państwem Batura wybraliśmy się do dziury w ziemi, czyli Dunmore Cave.

Wejście robi niezłe wrażenie, a potem jest już tylko lepiej. Do środka prowadzi ponad 700 schodów, po których najpierw musieliśmy zejść, a potem - napełnieni wrażeniami i nieco zmoczeni kapiącą zewsząd wodą - wejść. I tutaj wielkie gratulacje dla najmłodszej speleolożki (jest takie słowo?), Zuzanny, która dzielnie maszerowała w górę i w dół, i w drodze powrotnej zrobiła tylko 3 postoje, co na jej małe nogi jest niezłym osiągiem.

W środku stalaktyty, stalagmity, zakamarki i takie widoki, że czasami trudno było uwierzyć. A najlepszy widok był po zgaszeniu świateł w najniższej części jaskini. Widok czerni. Widać było dokładnie NIC. Oczy same szukały jakiegoś punktu zaczepienia, czegokolwiek, ale nie było nic poza czarnością.

Na górze, po wyjściu z jaskini. Zmęczeni, ale zadowoleni.
Szczególnie ten pan poniżej...



Jako, że w pobliżu więcej dziur do zwiedzania nie było, pojechaliśmy w kierunku domu, a po drodze trafiliśmy jeszcze do Kells Priory, ruin średniowiecznego opactwa w pobliżu Kilkenny. Jak widać wieczorową porą było romantycznie, chociaż pewnie po tym jak odwiedzili wcześniej Rock of Cashel dużego wrażenia na Magdzie i Patryku zrobić się nie dało.

Niby u nas wiosna, niby dni bywają ciepłe, niby mrozów nie uświadczysz, ale goście z Polski marzną i czapki się przydały. Zresztą potem przydały się jeszcze bardziej... ale o tym co potem było napiszę właśnie potem.
Na razie można sobie obejrzeć obrazki. Komentarz wkrótce.

piątek, 11 lutego 2011

jesteśmy gotowi

Dawno nas tu nie było więc nie wiem od czego zacząć. Nawet któregoś dnia na brudno coś napisałem, ale z braku internetu nie wrzuciłem i teraz się zdezaktualizowało.
Więc zacznę od końca, czyli od przyszłości. Takiej najbliższej... no może nie najbliższej, ale dość bliskiej.

Za 10 godzin z hakiem PRZYLATUJE SIOSTRA Z MĘŻEM!!! Moja mała siostrzyczka, która już mała od dawna nie jest, i jej szanowny małżonek odwiedzą nas już dziś i zostaną na 8 dni w ramach rozpoznania przed wielką wizytą rodziców. A to wszystko z okazji urodzin najmłodszego Futraka, czyli mówiąc krótko - Zuzki.
Rok temu wyglądało to tak:

Teraz będą jeszcze goście z Polski, goście z przedszkola i ogólnie spodziewamy się totalnego chaosu i roznoszenia domu na strzępy. Jak przeżyjemy i uda się jakieś zdjęcie zrobić, na pewno pokażemy je tutaj z dumą mimo obrażeń :)

A co poza tym?
Zupełnie jakoś tak niechcący i przypadkiem wzięliśmy udział w kampanii wyborczej jednego z miejscowych kandydatów do Parlamentu. Declan Waters startuje już trzeci raz, jak dotąd bez większego powodzenia, ale teraz ma nas do pomocy, więc kto wie, kto wie...
Ogólnie takie mam wrażenie, że kampanie wyborcze robi się tutaj tak sztampowo i konserwatywnie jak tylko można. Na latarniach wiszą plakaty formatu A2 lub A1, które wyglądają następująco: na górze twarz kandydata plus logo partii, na dole nazwisko i imię (w tej właśnie kolejności), czasami zdarza się zachęta do głosowania w postaci zdania "Głosuj na mnie".
Drugim frontem na którym można poznać kandydatów jest roznoszenie ulotek. Często sami kandydaci chodzą od domu do domu i roznoszą swoje ulotki, rozmawiają z ludźmi, odpowiadają na pytania i takie tam inne kiełbasy wyborcze pokazują.
Nie wiem jak to wygląda w telewizronii, ale w radiu ciągle gadają o wyborach (no może wczoraj akurat nie, bo w Cork rozbił się samolot, ale nawet z tej okazji kandydaci i liderzy partii zlecieli się do mikrofonów i pewnie kamer, żeby złożyć kondolencje). Tylko problem w tym, że tak naprawdę większość kandydatów mówi to samo: "Chronić biednych! Rozliczyć rząd za kryzys! Zapewnić miejsca pracy! Poprawić system opieki zdrowotnej! Zapewnić edukację młodzieży!" Piękne hasła, ale ja zawsze się pytam "Jak?" I szczerze mówiąc nawet nasz kandydat trochę się wymigał od odpowiedzi. Ma coś napisać na stronię, którą mu robię, ale jakoś nie widziałem wielkiego zapału.

I jeszcze jest pewnie milion spraw, o których mógłbym napisać, ale nie napiszę z braku czasu i pustej głowy w tej chwili :) A tymczasem idę zrobić poranne ogarnięcie dzieci, żeby je do szkoły/przedszkola wydalić na kilka godzin i przygotować się godnie na przyjęcie Magdy i Patryka.

środa, 2 lutego 2011

aktorzy rosną

Zaraz wyjdzie na to że nasze weekendy to ciąg nieprzerwanych balów, zabaw i innych wesołych imprez. Po balu karnawałowym przyszła pora na Jasełka. Reżyserowała jak zwykle Dońka, występowały jak zwykle niesamowite dzieciaki, w tym dwoje Futraków małych: fantastyczny Franek w roli Józefa i debiutująca na deskach scenicznych Zuzanna jako Aniołek.
Wyglądało to mniej więcej tak:







Rodzice dumni ze swoich pociech, tym bardziej, że publiczność dopisała i gromko oklaskiwała młodych aktorów. Jak policzyła Iwka, było ok. 130-140 osób, czyli jak na przedstawienie niszowe i można powiedzieć alternatywne, bardzo dużo. Naprawdę miłe zaskoczenie i dla dzieci i dla rodziców i dla szanownej pani reżyser obdarowanej przez dzieciaki naręczem róż.
Dzieci też dostały prezenty - książeczki, kredki, zabawki - dla każdego coś miłego. I tego co słyszałem większość chce dalej chodzić na zajęcia teatralne, które już niedługo startują po patronatem WaterPOL'a. Tak więc dla tych, którzy jeszcze autografu nie wzięli od młodych aktorów, może być to ostatni dzwonek, bo niedługo być może trzeba będzie się przez agentów umawiać :)

A w kolejny weekend, na zasadzie kontrastu, planujemy robić niewiele. Odpocząć na plaży, zmęczyć dzieci szybko, zrelaksować się wieczorem. Tylko może nie aż tak bardzo jak w ostatnią sobotę, ale o tym cicho sza...