czwartek, 28 kwietnia 2011

...i po świętach

Nagle! Minęła Wielkanoc i wracamy do normalności. Dziś Zuzka wraca do przedszkola, a po weekendzie Franek - do szkoły. A my do codziennych zajęć.
A tymczasem korzystając ze świątecznych wolnych dni nie omieszkaliśmy pojechać tu i tam.

W niedzielę pobyczyliśmy się na łonie natury, czyli odbyliśmy spacer w okolicach Jack Meade's Pub, a potem obserwowaliśmy jak dzieci szaleją na pubowym placu zabaw.



W poniedziałek znów na powietrzu i znów głównie na placu zabaw spędziliśmy czas.

A we wtorek razem z Ryśkiem i jego rodzinką wyskoczyliśmy na Hook Head i do Dunbrody Abbey.


Jak widać pogoda sprzyja. Zaczyna się robić naprawdę ciepło i "słoneczny południowy-wschód" zaczyna zasługiwać na swoją zwyczajową nazwę. A to oznacza nic innego jak tylko mniej czasu w domu, więcej czasu poza domem. Nie dość że dzieci są potem jakby spokojniejsze to jeszcze i zdrowsze.
A jeszcze tak a propos dzieci... Pomysł Iwki, żeby przeprowadzić tymczasowo Zuzkę do pokoju Franka okazał się strzałem w przysłowiową dziesiątkę. Od dnia przeprowadzki Zuzka tylko raz, słownie RAZ, przyszła do nas w nocy i chyba raptem dwa razy obudziła się i domagała uwagi. Dzieci zgodnie śpią w jednym pokoju i mam wrażenie, że jakoś lepiej się zaczynają dogadywać. Inna sprawa, że dogadują się dość głośno, ale cóż... coś za coś.

sobota, 23 kwietnia 2011

Ogarnia nas radość i wdzięczność.

Światło przebija mrok, w sercu rodzi się pragnienie wyrażenia miłości

Pierwsze „Alleluja” po tylu dniach przygotowania...

Uwolnienie z mocy grzechu, spod władzy złego ducha.

Eucharystia – dziękczynienie.

Dlatego musimy wyjść, aby wszystkim zamkniętym w grobach smutku i grzechu, powiedzieć:


„Obudźcie się,

Pan zmartwychwstał!!!!

Trzeba czerpać z Mocy Zmartwywchwstałego! Dla WAS wszytkich ta zachęta od całej paki Futraków! Wesołych Świąt! Radości niekończącej się nigdy!

wtorek, 19 kwietnia 2011

słońce, morze i my

Było niedzielne wczesne popołudnie kiedy zapakowaliśmy dzieci do samochodu, piłkę i frisbee do bagażnika, przybraliśmy dziarskie miny i uśmiechy i naszym wiernym Oplem popędziliśmy na spotkanie przygody, czyli do Passage East. Przygoda przybrała postać placu zabaw, jednego z naszych ulubionych, oraz okolicznych poletek, gdzie mecz Franek-Iwa kontra Krzysiek zakończył się sromotną porażką tych pierwszych. Bramek nawet nie liczyłem, bo zabrakło palców :)
A zabawa na placu zabaw wyglądał o tak właśnie:



W trakcie meczu okazało się, że to dobrze, że nikt z nas nie miał mocnego wykopu, bowiem drzewo stojące za bramką było najwyraźniej pożeraczem piłek wszelkiego rodzaju. W jego gałęziach Iwka doliczyła się 7 zdobyczy. A Franek nie byłby sobą, gdyby nie próbował owych zdobyczy wyrwać z gardzieli potwornego drzewa. Niestety wszelkie próby spełzły na niczym.

Nieopatrznie obiecałem rodzinie pyszne lody, więc obietnicę trzeba było spełnić. Żeby tak łatwo jednak nie było, pojechaliśmy do Dunmore East zjeść lody na klifach. A co!!
Jak widać lody na klifach smakują wyśmienicie:

A pół godziny potem znad morza nadeszła sobie chmura, spowiła miasto i już nie było tak pięknie. Więc zawinęliśmy się do domu, gdzie dotlenieni i lekko opaleni ze smakiem spałaszowaliśmy obiad.
A chmura w Dunmore East wyglądała tak:


A z nowości domowych... Zuzka wprowadziła się do pokoju Franka, a Franek z pokoju Zuzki zrobił sobie "gabinet". A wszystko to w celu powstrzymania naszej najmłodszej latorośli przed przychodzeniem do rodziców w nocy. Może jak będzie miała brata bliżej to będzie jej się lepiej spało. I nam też.
O skutkach przeprowadzki damy znać.

piątek, 15 kwietnia 2011

i jeszcze coś dętego

A w bonusie dziś Zuzka trąbi. A w zasadzie korneci :)

dzieci? polecam!!

Był taki czas kiedy zdecydowanie mówiłem, że dzieci mieć nie chcę, że małżeństwo to nie dla mnie, że w moim świecie na dzieciarnię nie ma miejsca. Wręcz czasami stwierdzałem, że dzieci nigdy mieć nie będę. Cóż, młody człowiek był , głupi, różne dziwne myśli się w głowie trafiały.
Nawet kiedy poznałem Iwkę takie same miałem zapatrywania na kwestie małżeństwa i dzieci. I co się stało? Tak na mój gust to dorosłem. Zobaczyłem, że tak naprawdę na tej drodze, którą szedłem nic mnie nie czeka czego bym nie znał. Jasne, że mogłem tak dalej, bezpiecznie i bezproblemowo. Tylko, że jakoś zaczęło mnie to uwierać.
No a potem poznałem Franka.
I przestało być bezpiecznie i bezproblemowo, a mnie się spodobało. I okazało się, że to co mnie czeka to wyzwanie większe od wszystkiego, co do tej pory doświadczyłem, że kształtowanie nowego człowieka to zadanie o stopniu trudności jakiego nie znałem do tej pory, że nauczenie go rzeczy, które dla mnie są oczywiste to zdanie czasami ponad moje siły. Jednocześnie zrozumiałem, że w tej grze nie ma opcji poddania się albo pójścia na skróty.
A potem pojawiła się Zuzka i poziom trudności wzrósł nie dwukrotnie, ale dwustukrotnie.
Bo tak naprawdę, jak to się mówi "dzieci to kupa radości z przewagą kupy", ale też niesamowite wyzwanie stojące codziennie, o każdej godzinie przed rodzicem. Czasami to wygląda tak, że trudno uwierzyć, że z tego tak zwanego trudu wychowawczego coś jeszcze będzie, że z tego czy tamtego dziecka coś jeszcze będzie, by po chwili przecierać oczy ze zdumienia kiedy to samo dziecko robi coś tak niesamowitego, że człowiek nie wie czy skakać z radości czy płakać ze szczęścia.
Niedawno Franek zaskoczył mnie wieczorem siedzącego nad książką. Stanął nade mną dziwnie cichy i skupiony, przytulił się i powiedział: "Tato, jak będę dorosły chciałbym być taki jak ty." Nie wiem jak inni rodzice, ale jak dla mnie nie ma lepszego, ani bardziej treściwszego komplementu. Siedziałem nie wiedząc co powiedzieć, totalnie zamurowany, kompletnie zbity z pantałyku, jak to się ładnie mówi. No bo co odpowiedzieć 11-latkowi, który takie rzeczy mówi, nie mam wątpliwości, że szczerze i bezinteresownie.
Zuzka notorycznie popołudniami przychodzi co kilka chwil i wpychając się na kolana mówi: "Tato, chcę się przytulić." I nie ma wtedy dyskusji, to musi być właśnie tu i teraz. Takie "przytulenie" trwa kilka sekund zaledwie, ale mam wrażenie, że dla niej jest najważniejsze na świecie. Zresztą dla mnie też.
Co tu dużo pisać... Z takich chwil składa się to prawdziwe życie. Takich chwil codziennie w pamięci zapisuje się masa. I to one zostaną. Mam nadzieję, że i w pamięci dzieci naszych.

A to nasze dzieciny
w domu

Wigilia 2009

drugie urodziny Zuzki

Luminarum 2009

okolice Mahon Falls

Wielkanoc 2010

rejs po rzece

w parku na Spraoi

w parku bez okazji

Ustanówek 2010

poznańskie ZOO

Wrocław 2010

niedziela, 3 kwietnia 2011

Włosy... rosną



Będzie na mój temat :P Rzeczywiście. Macie racje. Nie wiem co mówić jak znajome mówią "ale ci włosy szybko urosły". Zdjęcia dzieli rok czasu. A czy ważne włosy? Na pewno nie, faktem jest, że zmieniamy sie MY, choć chrześciaństwo mówi o innej zmianie, na którą trzeba się zgodzić. I ja mówie TAK.. zmieniaj mnie jak Ty chcesz.



wczoraj i dziś

Jak już wspomniałem - mamy wiosnę, ciepło i słońce. I ogólnie jest przyjemnie na świecie zewnętrznym. Ale żeby się nie powtarzać to pokażę to i owo:

Wczoraj w parku
W konkurencji chuśtanie synchroniczne młode Futraki są bezkonkurencyjne

W skokach z "szóstki" na "siódemkę" na jednej nodze przoduje Zuzanna

W rzucie piłką przed siebie i do góry lepszy okazał się Franciszek

Wspólne zdjęcia wychodzą im bezbłędnie


Podobnie zresztą jak jednoosobowe portrety 

Wyścig Zuzanna na rowerku vs. Franciszek na nogach mimo zażartej konkurencji i częstych zmian lidera pozostał nierozstrzygnięty. Kolejny etap przewidziano w chwili gdy pogoda i czas pozwolą.


Dziś na plaży
W Woodstown pozostała efemeryczna galeria rysunków napiaskowych 

Pani w czerwonych okularach pokazała muszelkę 

Pan w czerwonej czapce zmyślnie ją wykorzystał 

Pani w czerwonej kurtce kontrolowała sytuację 

Temperatura wody nie nadawała się na brodzenie na bosaka, więc kalosze zdały egzamin na piątkę i cieszyły się uznaniem 

Jeszcze ciekawostka z cyklu "znajdź różnice":

Czasowo oba zdjęcia dzieli dokładnie godzina oraz jakieś 500 metrów wody. Na pierwszym mamy "szczyt odpływu" i plażę niemal po horyzont. Na drugim woda zdążyła się już wlać i połowę plaży "zniknąć" pod sobą. Tempo przypływu było taki, że aż Zuzka stwierdziła: "Chodźmy, bo już fale idą!"

Ale tak naprawdę to poszliśmy, bo niebo z takiego:

Zrobiło się takie:
W ciągu pół godziny.
10 minut potem padało.
Ale my już jechaliśmy wtedy do domu :)

sobota, 2 kwietnia 2011

przyjszła wjosna :)

Zawitała do nas już na stałe i na poważnie. I to jakiś czas temu, ale dziś tak naprawdę poczuliśmy to na własnej skórze. Ubrani tylko w bluzy godzinę spędziliśmy na placu zabaw. Słońce przygrzewało, wiatr lekko chłodził, pączki na drzewach się zieleniły... irlandzkie dzieci świeciły gołymi stopami, to zdecydowany znak, że już wiosna.
Zuzka objeździła park na rowerku i przy okazji udowodniła, że pora go wymienić na większy. Franek biegał za piłką. A ja spokojnie, statecznym krokiem próbowałem tę dwójkę opanować i złapać w obiektyw. Skutki tego łapania zobaczycie dopiero w poniedziałek, bo dała się we znaki moja skleroza i aparat zostawiłem u znajomych, u których grzaliśmy się herbatką po harcach parkowych.
Skutkiem tego aktywnego popołudnia jest ekspresowe uśpienie dzieci i jakieś dwie godziny ciszy, spokoju i nudy, bo Iwka tymczasem robiła klabing w Dublinie, czyli spotykała się z Klubem Gazety Polskiej, oglądała jakiś film i zawzięcie dyskutowała na tematy różne. Teraz wraca już i mam nadzieję jeszcze przed północą ją zobaczyć i usłyszeć relację.
A na razie uciekam wymyślić co robić przez kolejne 120 minut :)