wtorek, 17 maja 2011

babel

Cóż, tytuł może nieco na wyrost, ale co mi tam. Od dawna nosiłem się  z napisaniem kilku słów, a nawet zdań o swoich obserwacjach językowych, o tym co widzę na codzień i o tym co dostrzegłem na przestrzeni kilku lat naszego tutaj zamieszkiwania.
A zacznę przewrotnie, od końca, czyli od tego co dziś w końcu mnie skłoniło do napisania tych kilku zdań, które jeszcze przed wami, a które już w mojej głowie się plączą od dawna.
Wracałem dziś z Zuzką z przedszkola, tym razem na piechotę (bo samochód razem z Iwką pojechał przywieźć Gosię z lotniska). Ci, którzy u nas byli i wiedzą gdzie Zuzki przedszkole się znajduje, może też wiedzą, że po drodze, przy Tesco jest taki mały mostek nad równie małą rzeczką. Może natomiast nie wiedzą, że Zuzka bardzo lubi stanąć sobie czasami na tym mostku i pokontemplować płynącą wodę. Za sprawą przypływów i odpływów w pobliskim morzu wody w rzece jest raz mało, raz dużo, a czasami, kiedy przypływ jest naprawdę zawzięty rzeka płynie w stronę odwrotną niż powinna. Takie uroki naszego lokalnego ciągu wodnego.
Ale do rzeczy. Dziś kontemplując ową rzeczkę Zuzka zapytała: "Gdzie są rybki?", na co ja bystro odpowiedziałem, że pewnie się schowały i trzeba je zawołać. Nie zważając na niedorzeczność mojego stwierdzenia Zuzka zawołała: "Rybki! Rybki!" i kontynuowała wpatrywanie się w rzeczkę w poszukiwaniu rzeczonych. Jakieś było jej rozczarowanie (moje nieco mniejsze, oczywiście) kiedy rybki się nie pojawiły. Jednak nie zraziła się zbytnio i stwierdziła równie bystro jak ja wcześniej: "Rybki mówią po angielsku, nie po polsku," po czym na całe gardło zawołała: "Fishes! Fishes!" Szczerze mówiąc z zaskoczenia nawet nie poprawiłem jej, bo przecież formy "fishes" nie ma w angielskim.
Cóż, jestem pewien, że szybko się tego nauczy, jeśli nie od nas to od rówieśników albo nauczycielki. A pewność moja wynika z faktu, że dzieci nasze (i dziecko młodsze i dziecko starsze) angielski chwytają w mig, bo znacznie łatwiejszy jest do opanowania od naszego rodzimego polskiego.
Zuzka od dłuższego czasu lalkami i zabawkami bawi się po angielsku, Franek zdecydowanie woli czytać po angielsku. Po prostu im łatwiej. Dla nich angielskojęzyczne środowisko jest całkowicie naturalne. Franek ponad 5 godzin dziennie przez 5 dni w tygodniu spędza mówiąc, czytając i poznając świat po angielsku, lekcje odrabia też głównie w tym języku, filmy woli w oryginale, czy to po polsku, czy po angielsku, żadnej mu to różnicy nie robi, żarty po angielsku podchwytuje w mig.
Zuzka z kolei w przedszkolu mówi i słucha angielskiego przez 4 godziny dziennie, a od września przyjdzie jej przez te same 4 godziny uczyć się literek i cyferek i innych ważnych pojęć w języku Szekspira. Już dziś nie sprawia jej kłopotu opowiedzenie pani w przedszkolu o tym jak to niedługo pójdzie do szkoły, do tej samej co jej brat i że już tam była i widziała nowe zabawki. I to wszystko po angielsku, płynnie i w zasadzie bezbłędnie gramatycznie. A podejrzewam że tych samych zdań gramatycznie po polsku by nie powiedziała.
Ale, ale... żeby nie było tak jednostronnie, i żeby nie przerazić tych którzy z naszymi dziećmi chcieliby się po polsku też porozumieć, spieszę z uspokojeniem. Jest to absolutnie możliwe :) Jest to nawet wskazane ze wszech miar, żeby dzieci języka rodziców nie zagubiły gdzieś po drodze. No dobra... z tym zgubieniem pewnie przesadziłem, bo mówić będą płynnie w obu językach, Franek pewnie z lekkim polskim akcentem mówiąc po angielsku, Zuzka pewnie z lekkim angielskim akcentem mówiąc po polsku. Pewnie będą bezwiednie wplatać angielskie słówka w polskie zdania tak jak Zuzka kiedy mówi: "Dziś w przedszkolu mieliśmy Ben's birthday party", albo "Ubrudziłam się jak mieliśmy painting."
Zresztą czemu się dziwić, że dzieci wolą po angielsku, skoro "polska języka - trudna języka", skoro nawet dzieci w gimnazjum mają często kłopoty z odmianą czasowników i rzeczowników, skoro dla Zuzki zupełnie normalne jest powiedzenie takiego potworka: "Ja się boiłam jak nie małam mojej plecaki, a chciałam ją mać." I od czego zacząć poprawianie? Od którego słowa byście proponowali?
Krótko mówiąc dwujęzyczne dzieci nam rosną i już nasza w tym głowa, żeby polski był dla nich tak samo naturalny jak angielski. Na razie swobodnie się przestawiają w każdą stronę, w jednej sekundzie z nami konwersują po polsku, by odwrócić się do pani w szkole lub kogoś na ulicy i zagadać zupełnie naturalnie po angielsku. Oby im tak zostało.
Zresztą z tym "odwracaniem się i naturalnym przechodzeniem na inny język" taka jeszcze historyjka się wiąże. O tym jak to Zuzka niedawno uświadomiła sobie, że posługuje się dwoma różnymi językami. Do tej pory jakimś swoim instynktem wyczuwała chyba kto mówi po polsku, a kto po angielsku. Może to było tak, że do tych których znała, wiedziała jak mówić, a do tych których nie znała nie odzywała się póki ja albo Iwka się nie odezwaliśmy, a wtedy już wiedziała w jakim języku. Ale ostatnio, przy okazji naszej bytności w bibliotece spotkała swoją rówieśniczkę, która tak jak ona przeglądała książeczki, skakała po ławkach albo bawiła się zabawkami (taka to biblioteka, że dzieci mogą to wszystko robić swobodnie) i widać było jak naszą małą Zuzkę aż zżera chęć pobawienia się razem, tylko taka mała wstydliwość nie pozwala. Zuzka zatem pędzi do taty i pyta: "Tato, tato, a jak dziewczynka się nazywa?" Tata oczywiście nie wiedział, więc sugeruje córce, żeby sama się spytała. A na to córka bardzo rozsądnie: "Tato, a dziewczynka mówi po polsku czy po angielsku?" Tatę zatkało, bo córka pierwszy raz sama wykazała się wiedzą, że istnieją dwa języki, ale nie dał po sobie poznać swojego zatkania i równie rozsądnie odpowiedział: "Nie wiem, ale chyba po angielsku. Idź zapytaj." Zuzka rzuciła tylko swoje "aha" i pobiegła... niestety w czasie naszej wielce zajmującej konwersacji przyszła dziewczynki mama i ją zabrała. Zatem dwie zagadki - jak na imię miała i w jakim języku mówiła - pozostaną na razie bez odpowiedzi.
A po tym całym zdarzeniu, tak z zupełnie innej beczki, nastąpiło otwarcie wystawy pani Grażynki i pana Darka. Było kilku oficjeli, było trochę osób, ale było też kameralnie, niemal rodzinnie. Było też słodko za sprawą ciast z Iwa's Cakes. A jedno z ciast zajadanych przez Zuzkę wyglądało tak:

Ale to już temat (i ciasta i wystawa i Zuzka) na inną okazję.

Kończę, bo zaraz gość szanowny w postaci Gosi przyjeżdża, a w domu bałagan, a rąk do pomocy brak, bo Franek na urodziny kolegi pobiegł (to też na inną okazję). Lecę pozmywać chociaż :)

piątek, 6 maja 2011

pkb.AVI

A to dzisiejsza Jubilatka "w akcji". BRAWO!

Zapraszamy na Koncert Patriotyczny "Bez Światłocienia" do

CAM Pallotynów ul. Leśna w Konstancinie

na godzinę 14.00!

To niedziela, kochani, także kto żyw! Niech tam rusza!

Obiecałam poopowiadać. Sery robię od lutego. Podpuszczkowe i twarożki. Ricotta się zdarzyła po drodze, i mozzarella, i ser typowo na paschę czyli taki sernik wielkanocny,i topiono-żółty eksperyment też był. Czynność przyjemna od samego poczętku do ostatniego kawałeczka serka.

Pytanie o znalezienie mleczarza. Trzeba wyjechać z miasta i szykać po prawej i lewej krów. Krów - czyli wymiona konieczne. Potem w okolicy pastwiska zatrzymać się przy bramie i zapytać czy można kupować tu mleko. Tak. Takie świeże. Tak, takie niepasteryzowane. Tak, może być ciepłe. Tak, z bakteriami. Tak na pewno: świeże, niepasteryzowane i z bakteriami.

Trzeba być tak asertywnym i pewnym siebie, żeby przekonać farmera, że chce się mleko "świeże, niepasteryzowane i z bakteriami". Powtarzać do znudzenia, że jest się tego świadomym, i że nie chce się mleka ze sklepu tylko "świeże, niepasteryzowane i z bakteriami". Na poczatku uzna was za głupków, potem sie przyzwyczai do tej ekstrawagancji. Polacy dziwny naród. Jedzą łabędzie, zepsute ogórki, zgniłą kapustę, to i mogą chcieć "świeże, niepasteryzowane i z bakteriami" mleko.

Nasze mleko znalazł nasz kumpel na "google-street view"* czyli jechał po mapie jechał, aż zobaczył krowę. Potem już normalnie zajechał w bramę gospodarza i powiedział, że jest tu taka baba co szuka mleka i ma być "świeże, niepasteryzowane i z bakteriami". Dostał telefon do farmera. No i tak raz- dwa razy w tygodniu odwiedzam Owena i biorę gar mleka. Przy czym mam piękny gar, który dostałam od męża na dzień kobiet (wcześniej używałam pozyczonego). Kupować kankę czy kontener się nie opłaca, bo i tak trzeba mleko do gara przelać, więc dużo roboty, mycia i kasa niepotrzebnie wydana. Dodatkowo mam piekny elektroniczny termometr. Tak aż mąż uznał za stosowne zainwestowanie w moje hobby. Ale czy na pewno? Jak sie ser kończy...od razu pyta kieeeedy następny będzie.

Dziś skończyła się podpuszczka, więc podpuszczkowy najbliższy ser w planie po 17 maja. Tzn oprócz tego co właśnie odcieka i czeka na solankę. Do serów mamy domowy chleb, pieczony z różnymi dodatkami już od listopada, od lutego jednakże na serwatce. Serwatkę rozdaję, bo to jakieś dobre podobno do picia, choć nie stosujemy w domu. Ja od maleńkości mleko mogę ale przetworzone w sery czy coś gęstrzego. I co ciekawe, pamiętam z dzieciństwa sery na siteczku, którymi zajadała się mama, a dla mnie to było obrzydlistwo. No więc takie "niesklepowe" sery i mleko naszym dzieciom nie podchodzą także. Dla Zuzki mleko do tej pory było z tesco... ot, po prostu. Franek zaczął tolerować twarożkowy ostatnio, a mąż to wogóle serożarłoczny jest :)

Jak widać, do sera zaaptowałam suszarkę do sałaty, kształt piękny, odcisk miły dla oka. Twarogowy tetra i potem dechą się obciąża. Co mnie dodatkowo ekscytuje w tej czynności? To że za każdym razem może wyjść ser inny, każdego dnia inny, raz dodaję także bakterie kefirowe (smak inny), raz maślankę (smak inny), raz jogurtowe bakterie (smak inny), raz solę, a raz zapomnę, czasem wrzucę czosnek, lub zioła jakieś, czasem suszone pomidory, czasem po prostu obtaczam w słodkiej papryce. No na serio NUDY NIE MA :)

*

A dziś 6 maja.

Moja kochana Siostra, Ciocia i Szfa - ma dziś URODZINY.

Które? Może zajrzy i sie przyzna. W każdym razie młodsza jest ode mnie :)

Kochana AGATKO!

Błogosławieństwa od Boga i ludzi na dalsze dni, lata!! Eh, eh... za miesiąc powiem Ci osobiście, oki? Kochamy Cie mocno! Żeby wszystko co robisz było robione z radością, miłością, cierpliwością...

* a to oczywiście szkoła Franka :)

wtorek, 3 maja 2011

pani Walewska, Stefanka i Usta Adama....

Niezła kombinacja w tytule. Nie?? :) Jak ktoś doczyta do końca notki to się dowie "o co-cho"

**

Melduję, że już patataj mechanicznym koniczkiem możemy robić.Oponiarze zadziałali byli. Portfel cieńszy ale pojazd bezpieczniejszy. Nie ma lekko.

Ze spraw organizacyjnych. Wystawa powieszona. Ikony pani Grażynki i grafiki pana Darka. Jutro mamy oficjalne otwarcie wystawy, plus małe przypomnienie, że Święto Flagi, Dzień Polonii, 3 Maja, Beatyfikacja Papieża Polaka do tego.... Sporo żeby poświętować i spotkać się w doborowym towarzystwie. ZAPRASZAMY!!!! Tym bardziej że MUZYKA będzie na ŻYWO!!!

i .............. ciasta na jutro też już upieczone. Pachnie w całym domostwie...

**

A poza tym.... Mało Wam wieści? Mało? Ech ech... to podkabluje. Jeśli wiza będzie - Krzysiek leci w przyszły wtorek do Kanady. Na razie wizy niet to i wyjazd pod "?" tym znakiem. Co to będzie jak to będzie? czy Niagarę zobaczy czy nie i dlaczego wogóle ten wyjazd? Kto ciekawy?

Ja mam dziś za dużo cukru we krwi, wiec jakaś głupawka mnie ogarnia. Może poważniej do sprawy podejdzie Pan Mąż i wkrótce wyjaśnienia stosowne złoży :)

I cóż... Podobno w Polsce pada ŚNIEG?? Przeżyłam już śnieżycę w lipcu, ale to w górach było, w byłej republice naszych sąsiadów, wysoko, wiec może nie takie to dziwne było jak dziwne jest teraz. Eh. Anomalie Anomalie....


ps. tytuł to nazyw ciast które stoją u nas na blacie kuchennym.

Nie wierzycie - zapraszam na kamerkowy skype :P

poniedziałek, 2 maja 2011

koło poszło

Zupełnie niepostrzeżenie pojawił się maj, od którego zaledwie krok do czerwca i naszego szybkiego wypadu do Polski, oczywiście na wesele.
Podobnie jak maj niepostrzeżenie poszła nam opona w samochodzie. I to żeby jeszcze w mieście, gdzie można by szybko wymienić (do naprawy się nie nadawała). Ale nie... postanowiła więcej nas nie wozić akurat na autostradzie z Dublina do Waterford kilometr od zjazdu nr 3 na Castlecomer i Athy (mniej więcej w tym miejscu), a jakby tej złośliwości oponiarskiej było mało, jeszcze koło nie chciało zejść mimo wysiłków moich i Piotrka. Skutkiem tego razem z Sikorkami pawie dwie godziny spędziliśmy na pięknej trawce pod słonecznym niebem czekając na pomoc drogową. W końcu pomoc przyjechała i miała postać starszawego pana w sweterku z młotkiem pod pachą. Pan opukał młotkiem koło, a ono grzecznie zeszło i po 15 minutach można było jechać dalej. Niestety jechać raczej powoli, skutkiem czego w Waterford zamiast o 14:00 byliśmy koło 18:00. Okazało się że o tej porze wszelkie warsztaty i wulkanizacje są już nieczynne. Podobnie następnego dnia, bo to przecież niedziela. A dziś mamy Bank Holiday, czyli majowy wolny poniedziałek.
Zatem jeśli ktoś się spodziewał dziś albo jutro relacji i zdjęć z wycieczek, będzie srodze zawiedziony. Samochód stoi na podjeździe z dojazdówką i na razie tak zostanie. Dopiero jutro coś się da z tym zrobić. Zatem wycieczki najbliższe dopiero za tydzień. Za to już na nowych oponach :)