czwartek, 23 sierpnia 2012

Iwko, moja Iwko!!

Dziś pani małżonka Iwka, po raz kolejny świętowała swoją osiemnastkę, po raz kolejny udowodniła, że wiek się jej nie ima.
Na urodziny o poranku dostała "Sto lat" odśpiewanie na dwugłos córkowo-tatowy (jakże nam brakowało głosu Franka), stos buziaków i do tego prezent, którym mam nadzieję sama się pochwali.
Muszę się wam przyznać, że cudnie jest mieć taką żonę. Ci co mają wiedzą dlaczego, ci co nie mają, oby się przekonali.
Dziś tak zupełnym przypadkiem przeczytałem artykuł o żonach polityków, tych z górnej półki, nie tych którzy politykują w Polsce. Artykuł o tym jakim wsparciem dla polityka jest dobra żona, jakim skarbem jest na codzień i jakim towarzyszem musi być w chwilach najtrudniejszych. I choć politykiem nie jestem, i od polityki stronię, to akurat te cechy dobrej żony widzę i w dzisiejszej jubilatce.
Cóż, może czas pomyśleć nad zmianą branży?
A tak poważnie to jeszcze mały prezent, a raczej dedykacja dla Iwki. Wprawdzie muzycznie to nie jej styl, ale te słowa to jakby do niej pisane. Ode mnie.


Jeszcze raz, wszystkiego dobrego, lepszego i najlepszego :)

czwartek, 16 sierpnia 2012

Nasze gierki

Są takie dni, które przechodzą do historii, są i takie, kiedy wydawałoby się, że nic ciekawego się nie dzieje, a jednak zapadają w pamięć. Może nie na zawsze, ale na długo. Są takie dni, do których chce się wracać, choć wrócić da się tylko w myślach, we wspomnieniach, czasami w zdjęciach. 
Jedną z takich chwil, do których często wracam jest wieczór kiedy pierwszy raz zagrałem w DiXit. Sześć osób na Łęgu, czyli rodzeństwo Gregorczyków plus mężowie i żona, gra na stole, wino w kieliszkach i zabawa na kilka dobrych godzin.
Ogólnie lubimy rodzinnie gry planszowe, ale mam wrażenie, że tamten wieczór to był jakiś przełom. Ogólnie gier mamy sporo w domu, ale od kiedy nabyliśmy DiXit, całą reszta najczęściej się kurzy i coraz rzadziej domaga się uwagi. DiXit ma tę niepodważalną zaletę, że możemy w nią grać z dorosłymi, z dziećmi, w parach, w grupach i zawsze jest fajna, i każda rozgrywka jest niepowtarzalna, jedyna w swoim rodzaju. W zasadzie przeważnie wystarczy, że pogoda za oknem nie sprzyja wyjściu na zewnątrz, a my mamy chwilę wolnego po obiedzie, czy przed wieczornymi obrzędami dobranocko-spaniowymi, by któreś z dzieci, albo my sami rzucili hasło: "Zagramy w DiXit?" Naprawdę rzadko się zdarza, by pytanie nie spotkało się z ogólnym aplauzem.
Gra ma jeszcze jedną zaletę. Tak naprawdę nie chodzi w niej o wygraną, tylko o granie. O to wymyślanie skojarzeń, o to obserwowanie, komu co się skojarzyło i dlaczego, o to zdziwienie, kiedy grając z dziećmi próbujemy iść śladami ich wyobraźni, o te chwile niezdecydowania, kiedy spośród sześciu kart wszystkie pasują i tryby skojarzeń zaczynają ostro pracować w głowie, o tę chwilę kiedy okazuje się, która karta jest tą właściwą. I tak naprawdę najmniej istotne w tej grze jest to przesuwanie króliczków po planszy (która sama w sobie zasługuje na całą garść pochwał), to "ściganie" się do mety, bo tak naprawdę to grać można w kółko, do upadłego, do chwili gdy miesza się już kto jest pierwszy, a kto ostatni.
I dobre są jeszcze partie kiedy gramy z kimś kto gra w DiXit pierwszy raz. Karty, które wydawałoby się znamy już na pamięć nabierają nowego znaczenia, a po pierwszych zachowawczych hasłach pojawiają się naprawdę nieźle zakręcone i dziwaczne. 
Wczoraj też grana była partyjka DiXit, Zuzka się coraz bardziej wyrabia, coraz lepsze hasła wymyśla, coraz bardziej pokrętnymi drogami jej myśli i wyobraźnia chadzają. I o to w sumie chodzi.
A już za niecały miesiąc gra będzie chyba aż furczała, bo przylatują państwo J., z którymi od dawna obiecujemy sobie liczne partie w DiXit, plus czasami jeszcze w coś innego. 
Razem z nimi wróci do nas synek nasz, już nie taki mały. Na razie jeszcze byczy się na wakacjach, zwiedza Polskę, spotyka tych i tamtych i czasami zdaje relację przez Skype'a, ale mam wrażenie, że już chciałbym nam opowiedzieć o wszystkim osobiście, przy poobiedniej herbacie, albo właśnie przy jakiejś grze.

Spostrzegawczy czytelnicy pewnie zauważyli jakie fajne kolory królików wczoraj wybraliśmy, ci mniej spostrzegawczy niech się przyjrzą. A dla wszystkich mamy pytanie konkursowe: Który królik był czyj?
Na odpowiedzi czekamy w komentarzach. A nagrodę jeszcze wymyślimy jakąś fajną.

niedziela, 12 sierpnia 2012

Sobota, imieniny kota

Nadal dziś było lato. Lipiec tu meterologicznie podsumowano jako najzimniejszy od lat... dwudziestu czy nawet dłużej jakoś (Fu będzie wiedział, to sprostuje). Acz kilka chwil spędziłyśmy z córcią na naszym skrawku trawnika, wygolonego przez Tomsona. Mama straszyła słońce a córka oddawała się nowej pasji : ozdabia polityków brodami, kłami, katarem, okularami... Uważam Rze ciekawiej wygląda.
Zachmurzenie potem wykorzystano na prace w domu i w zagrodzie. Tata-Fu wypucował brykę a dziewczyny uszykowały(-śmy) wałówkę na niedzielna wyprawę.hm, w sumie czy wałówka (....północ wybiła! I to dosłownie! Dzwony słyszę!... to cidopiero!) to od woła nazwę wzięła? Jak tak, to prowiant niewołowy, i nie suchy bynajmniej.
Czas powrotu znajomych z wakacji więc wyskok popołudniowy był, a wcześniej pieklysmy guziki: połowę w gościnę i połowę wyjazdową.
Jutro będziemy w środku Irlandii. I takim na mapie i takim ... duchowym. Żeby ducha nie gasić, trzeba dokładać ciągle nieustannie do pieca :) Lepszy bowiem gorący.
Niniejszym dobranoc.

A! I nie podoba mi się pisanie z telefonu ... Nie mogę się ...rozwinąć, tekstu nie widzę, słownik mi wklikuje inne słówka niż ja chce. Na krótkie nitki jak najbardziej, facebookowe wrzutki itd. Na bloga klasycznej klawiatury i ekranu trzeba.

Published with Blogger-droid v2.0.6

czwartek, 9 sierpnia 2012

Małe wakacje




To niezwykle! Taki dzień nie zdarza się tutaj zbyt często. Już wczoraj czytaliśmy o zbliżającej się ... Anomalii. No w sensie o pogodzie, bezchmurnym niebie i słońcu. Także spielismy się dość mocno by po obiedzie wybrać się na plaże do Dunmore E. A tam morze płaskie jak jezioro, piasku po pachy, słońce takie że tylko blokerem dzieciuki smarować. Cudo. Oczywiście jak jest się tam, a nie odwiedza klientów, co do południa robił tata-Fu. Advertisiowe sprawy wymagają pchania, to więc popychamy. Ku sukcesowi. Przydałby się handlowiec jakiś, rzutki i wygadany tubylec, za prowizje lub przez FAS wyczarowany na staż , jak ja dla nieruchomościowej agencji rok temu.
Zuzce brat się śni, że wraca, a on przecież dopiero za miesiąc. No i wtedy to zaczniemy wakacje. Z Janikową piątką.
Published with Blogger-droid v2.0.6

środa, 8 sierpnia 2012

Słodko mi

Po naszych gościach którzy przyjechali na Spraoi oprócz zdjęć i wspomnień zostały nam Skarby Ula: miód spadziowy i wielokwiatowy, to co Krzysio-Misio z reszta misiów lubi najbardziej. Jako ze jest to jedyny pokarmek nieroslinny jaki jemy, tym bardziej jesteśmy radzi że wiemy z jakiej przyjaznej pasieki pochodzi. Miodzio!

A ten krótki wpis o miodzie z załącznikiem ww to wpis eksperymentalny z blogera androida, czyli pisany na komórce w wersji "leżocha kanapowa".

A! i za 40 centów nabyłam byłam jabłuszko-pojemnik na miodek "doraźny".
Poza tym środa jak i każdy dzień emocjonująca, a przemyślenia kipią,
tylko czy czytelnicy odporni?

Kris na Placu Czerwonym ! :)



W Spraoi można było także znaleść się po drugiej stronie :)
Corocznie, do tego wyrywał się Franek, ale w tym tata postanowił go zastąpić (nooo z małą pomocą mamy).

I co? Odchwaszczamy bloga? Zagląda tutaj ktoś?

Spraoi i Advertisie

Znów nam blog zarasta chaszczami i sitowiem. Tak to jest jak się nie pielęgnuje i nie dba. Nie piszemy głównie dlatego, że notorycznie czasu brakuje. A to coś trzeba zrobić, a to coś załatwić, a to do kogoś pojechać, a to kogoś przyjąć... i tak zlatują dni, tygodnie, żeby nie powiedzieć miesiące.
A blog zarasta chwastami i pielić ich nie ma komu...

A tymczasem w ostatni weekend zawitał do Waterford doroczny Festiwal Spraoi. Jak zwykle schodziliśmy się po mieście, jak zwykle nogi bolały i jak zwykle dobrze się bawiliśmy. Nawet zapowiadane deszcze nie popsuły zabawy, bo odpuściły, przeszły bokiem i zdecydowały się spaść gdzieś indziej.
W skrócie wyglądało to tak:








Wszystkie zdjęcia tutaj, ewentualnie można obejrzeć kawałek festiwalu w obrazkach ruchomych:



A co poza Spraoi?

Franek wypoczywa na wakacjach w Polsce. Dziadki, babcie, ciocie, wujki i kuzynostwo go absorbują i zabawiają wożąc na wycieczki i wczasy. Fajnie chłopak ma, nie? 
Sam bym na takie wakacje się pisał gdyby nie to, że teraz oprócz Zuzki mam do doglądania jeszcze jedno dziecko, takie trochę wirtualne, choć jak najbardziej realne. Nazywa się Advertis i jest małą firmą, która na razie usilnie szuka nowych klientów chcących zamawiać ulotki, plakaty, wydruki i reklamy w cenach iście konkurencyjnych i takowej jakości.
Poza tym zupełnie niepostrzeżenie minął półmetek wakacji i za trzy tygodnie powrót do szkoły. Zuzka idzie do Senior Infants i jest dumna z tego niesamowicie. Franek z lekkim opóźnieniem pójdzie do ostatniej klasy podstawówki w szkole irlandzkiej i do pierwszej gimnazjum - w polskiej. A my z Iwką usiądziemy i znów się będziemy zastanawiać gdzie się podziały te lata i jak to jest, że te dzieci tak szybko rosną.