wtorek, 30 października 2012

Jak niedźwiedzie

Na półkulę północną nadchodzi zima. W Polsce pierwsze śniegi, w Irlandii pierwsze przymrozki, w Stanach jakieś potworne huragany. Niczym w naszym ulubionym serialu - "Nadchodzi zima".
A my niczym tytułowe niedźwiedzie szykujemy się do zimowych miesięcy. Zbieramy chrust (dzięki przyjaciołom), szykujemy ogrzewanie, otulamy się kocami, ogacamy chałupę... Hmmm... No dobra, z tym ostatnim to trochę przesadziłem. W każdym razie do zimy jesteśmy naszykowani.
Tyle że ta zima w Irlandii to taka na pół gwizdka jest. Ani uszu nie mrozi, ani śniegiem nie sypie, ani nawet niezbyt zaskakuje drogowców, których zresztą tutaj znacznie mniej niż w kraju rodzinnym i ze sprzętem jakoś tak słabiej.
Chociaż ostatnio kiedy sypnęło śniegiem, dwa lata temu zdaje się, wyspa stanęła sparaliżowana wobec właśnie braku drogowców i owego sprzętu. A śniegu było tyle co w przeciętnym listopadzie w Polsce. Autobusy nie jeździły, co tam autobusy, nic nie jeździło, nawet samochody zwykłe trudno było na ulicy spotkać, a jak już się spotkało to albo tańczące na lodzie (w który zmienił się śnieg po kilku godzinach), albo sunące w iście żółwim tempie, lub też próbujące ruszyć czy podjechać pod górę i wyjące silnikami na najwyższych obrotach. No i zdarzały się też samochody jadące normalnie, tylko nieco wolniej, i te okazywały się najczęściej prowadzone przez imigrantów że wschodnich rubieży Europy, gdzie śnieg zimową porą należy do normy i poruszanie się po nim nie jest umiejętnością wyjątkową.
W Irlandii śnieg to ewenement, a śnieg leżący kilka dni, nie topniejący i jeszcze padający na ten, który już leży to jakiś straszliwy koszmar i jednocześnie katastrofa narodowa. Instytucja opon zimowych tutaj nie istnieje, podobnie jak instytucja odśnieżania czegokolwiek, czy choćby posypania chodnika piaskiem. A o fakcie że sól rozpuszcza śnieg Irlandczycy może i czytali, ale raczej wzięli to za anegdotę czy kiepski żart. I dopiero kiedy zobaczyli na własne oczy skutki posypania solą śniegu czy lodu zaczęli szturm na spożywczaki, z których sól szybko wykupili razem z wodą, która zastąpiła tę z kranu, kiedy zamarzały niezabezpieczone niczym i położone pół metra pod ziemią rury wodociągowe.
Tak, kraj zatrzymał się na kilka dni, wstrzymał oddech, rozsiadł się przy buzującym kominku ze szklanką Irish Coffee pod ręką i czekał aż zima przejdzie.
I przeszła, wróciły deszcze i wiatry, a Irlandczycy chociaż nadal narzekali na pogodę to jednak chyba z jakąś taką większą sympatią patrzyli na lejące się z nieba litry wody pomiatane przez urywający głowy wicher.
A rok temu wszyscy naszykowali się do kolejnej mroźnej i śnieżnej zimy, kupili opony zimowe, łańcuchy na te opony, ciężki sprzęt odśnieżający, nawet sanki, a zima zrobiła im psikusa i była najłagodniejsza od kilku lat. Tradycyjnie padało i wiało, ale wszyscy oczekujący kolejnej katastrofy w obliczu straszliwego żywiołu mogli czuć się zawiedzeni.
A jaka będzie zima tegoroczna? Nie mam pojęcia, nawet nie chce mi się prognoz sprawdzać, i nie mam żadnego najstarszego górala, żeby go zapytać. Będzie jaka będzie. A my będziemy na nią gotowi.

sobota, 27 października 2012

Im wyższa góra tym piękniejsze widoki!

Nasza wczorajsza podróż :)


A to kilka ujęć z mamusiowego aparatu. Widok niesamowity, prawda? Gdyby przyszło Wam do głów, że weszliśmy tam na nogach, wyprowadzam z błędu. Na góre wjeżdza się autem :)


W tym gigantycznym łopianie chcieliśmy poszukać jakiegoś malucha do kompletu naszego, ale ... dzieci już w takie rzeczy nie wierzą, nie dały się wkręcić. Nie wiem nawet czy to łopian. Generalnie gigantyczne liście, łodygi jak nadgarstki. Chwilę potem udałam, że liść Franka atakuje... Mina tegoż - bezcenna :)

Habari Njema : Im wyższa góra tym piękniejsza widoki, dla dodania otuchy :)

piątek, 26 października 2012

Wagary

Zrobiliśmy sobie dziś wszyscy wagary. Dzieci od szkolnych balów straszydeł, Iwka od ciast na bazarze, a ją od pisania i szukania klientów.
A skoro wagary, to trzeba było jakoś dzień zapełnić i w domu nie siedzieć. Pogoda zachęcała co jakiś czas mrugając słońcem zza chmur i obiecując względne ciepło. Zaopatrzeni w termos z mięta i trochę suchego prowiantu wskoczyliśmy do samochodu by po 20 minutach płynąć promem na druga stronę rzeki Suir, a po kolejnych 15 wjechać do JFK Arboretum, czyli rozległego parku, gdzie zgromadzono drzewa i krzewy w niemal całego świata.
"Jesień, jesień, jesień!!", krzyczała Zuzka brodząc w liściach i biegając dookoła drzewa zaraz po wejściu do parku. Od razu widać było że jej się spodoba, Frankowi też park przypadł do gustu, szczególnie dziwaczne drzewo zwane tutaj Monkey Puzzle. Chociaż synek nasz, jak przystało na statecznego 13-latka (o wczorajszych urodzinach coś napiszę osobno), nie brodził beztrosko w liściach i nie cieszył się z każdego przejawu jesieni.
Planowaliśmy krótki spacer, ale okazało się że najdłuższa trasa wcale taka długa nie jest, tym bardziej, że mieliśmy jeden wymuszony odpoczynek kiedy pogoda straciła na chwilę humor i postanowiła podlać park drobnym deszczem.
Pod koniec trasy dzieci narzekaly na bolące nogi i ogólne zmęczenie, ale wystarczył zarys placu zabaw między drzewami by w ułamku sekundy odzyskały wigor i energię. W nagrodę za dzielny marsz pokręciły, pobujały i poskakały do woli, a my z Iwką wypiliśmy kubek mięty, zjedliśmy krakersy i suszone śliwki i poobserwowaliśmy nasze pociechy.
A potem był już tylko mały dowcip, który wspólnie wywinęliśmy Frankowi, samochodowa wspinaczka na pobliską górę, obietnica, że kiedyś musimy tam jeszcze wrócić i jazda do domu przez New Ross. Aż trochę mi głupio że to był nasz pierwszy raz w Arboretum, mimo że to tak blisko i tak fajnie.
Pewnie pierwszy i nie ostatni, bo rodzinie się podobało. Teraz tylko czekać kolejnych wagarów.

A reszta zdjęć z wagarów tutaj.

wtorek, 23 października 2012

Szkoła

Zupełnie niepostrzeżenie, oczywiście dla czytelników bloga, bo nie dla nas, minęła tydzień temu piąta rocznica powstania Polskiej Szkoły w Waterford. Aż trudno uwierzyć, że to już pięć lat od chwili kiedy mały Franek zdawał test kompetencyjny kwalifikujący go do szkoły. Dziś ten sam Franek jest już w gimnazjum a jego siostra, która w 2007 roku była maleństwem, z zapałem uczy się w zerówce, by za rok zostać pasowana na pierwszaka.
Czy to pasowanie Franek będzie oglądał jako uczeń drugiej klasy gimnazjum to się jeszcze okaże, bo coraz częściej coś mimochodem stwierdza, że może już nie chce do polskiej szkoły chodzić, że może za rok już by nie chodził. A my naciskać bardzo nie będziemy, bo od tych pięciu lat widzimy jaki to jednak jest wysiłek ten dodatkowy dzień w szkole.
Z jednej strony chcielibyśmy, żeby jak najdłużej dzieciaki uczyły się w polskiej szkole, a z drugiej wiemy, że to jednak jest obciążenie. Może dla Zuzki jeszcze nie, bo w zerówce ma na razie więcej zabawy, rysowania i ogólnie przyjemnych zajęć, niż właściwej nauki, ale dla Franka ten dodatkowy dzień i te dodatkowe prace domowe powodują wyraźne zmęczenie i czasami frustrację.
I podziwiam generalnie synka za to, że autentycznie chce mu się wstać rano (chociaż w tym roku ma luz, bo zaczyna dopiero o 11:30), spakować plecak, spędzić kilka godzin w szkole i potem jeszcze w tygodniu lekcje odrabiać.
No dobra, z tym "chce mu się" to trochę tak na wyrost. Tak naprawdę to narzeka za każdym razem, ale mimo to w sobotę rano jest gotowy i pogania nas, żeby się nie spóźnić. Bo polska szkoła to nie tylko lekcje, a nawet śmiem twierdzić, że akurat lekcje są bardzo nisko na liście priorytetów Franka.
Koledzy i koleżanki, niekoniecznie w tej kolejności, to jest to co go ciągnie w sobotni poranek do szkoły. W ciągu tygodnia rzadko ma okazję się z nimi spotkać, bo nie dość, że niemal wszyscy chodzą do innych szkół, to jeszcze duża część mieszka w innych miastach i tak naprawdę tylko ta sobota jest dla nich okazją do spotkań i pogadania.
I śmiem twierdzić, że te spotkania i pogaduchy są zupełnie inne niż z kolegami i koleżankami ze szkoły irlandzkiej. Bo i te dzieci, które chodzą do polskiej szkoły to na swój sposób dzieci wyjątkowe. Nie twierdzę, że elitarne, ale wyjątkowe. Bo już sam fakt chodzenia do tej szkoły czyni je wyjątkowymi. A do tego wiedza jaką posiądą jest na pewno bogatsza o tej, którą mają lub będą mieć dzieciaki, które soboty spędzają inaczej. Nie lepiej czy gorzej, tylko inaczej.
Tak naprawdę to trochę zazdroszczę Frankowi i Zuzce tego, że tak łatwo im przyjdzie znajomość dwóch języków (a w zasadzie trzech, jeśli doliczyć irlandzki uczony tutaj praktycznie jako język obcy - o czym należy się kiedyś osobna notka). Co więcej, ta znajomość w ich przypadku będzie pełna, bo i w mowie i w piśmie. A wbrew pozorom nie jest to wcale takie oczywiste, bo są polskie rodziny, w których dzieci zatraciły, lub nigdy nie nabyły, umiejętności pisania i czytania po polsku. A dla mnie, mimo że wiedziałem o tym z teorii, było to trochę szokujące, że dziecko mówiąc płynnie po polsku może kompletnie nie umieć w tym języku czytać i pisać.
Tych umiejętności polska szkoła też uczy, a może właśnie przede wszystkim tych, bo prawda jest taka, że nie wszystkim rodzicom chce się w domu pielęgnować język polski i regularnie uczyć dzieci pisać i czytać, nawet jeśli po polsku się w domu rozmawia (co też wcale nie jest oczywistością). I jasne jest, że sobotnia szkoła, w której dziecko uczy się zaledwie kilka godzin w tygodniu, nie załatwi sprawy, ale znacznie ją ułatwia. Znacznie pomaga rodzicom nakłonić dzieci do poczytania czasami książki po polsku, ale i do jasnego wyrażania myśli w tym języku, który za lat 5-10 wcale nie musi być pierwszym językiem tych dzieci.
Ostatnio z Frankiem rozmawialiśmy o tym czym jest ojczyzna i doszliśmy do wniosku, że tak naprawdę ojczyzną można nazwać ten kraj, w języku którego się myśli i rozmawia w domu rodzinnym. Dla mnie "oczywistą oczywistością" jest to, że tym językiem jest polski, mimo tego, że czasami łapię się na myśleniu po angielsku. A skoro ja mam takie "rozterki" lingwistyczne, to jak muszą się czuć nasze dzieci, które w większości po angielsku poznają świat.
I też po to jest między innymi polska szkoła, żeby im ułatwić odnalezienie, a może raczej nie zgubienie, swoich korzeni.

A zdjęcia dzieci pochodzą z Bonmahon, z ostatniej niedzielnej wycieczki.

czwartek, 18 października 2012

Popolitykujmy

Kilka dni temu jechałem ze znajomym w dłuższą drogę i była okazja do pogadania o tym i owym. Takie trochę "nocne Polaków rozmowy" tyle że rano i w samochodzie, więc bez procentów.
Tematów było dużo, ale oczywiście w końcu zeszło na politykę. Bo jakże by to było tak bez polityki w polskim gronie. A skoro polityka to wiadomo... narzekanie i psioczenie na polską, pożal się Boże, klasę polityczną, która z klasą to może ma wspólną jedynie nazwę, ewentualnie konto na "Naszej Klasie". I tak w trakcie głośnego zastanawiania się nad powodami obecnego spsienia, czy mówiąc delikatniej, zepsucia sceny politycznej skrystalizowała mi się taka myśl, która od dawna chodziła mi po głowie. Padło pytanie znajomego, dlaczego w latach 20-tych wszystkie, lub niemal wszystkie ważne partie potrafiły jako tako współpracować dla dobra Polski, a teraz wszyscy skaczą sobie do gardeł i wyrywają co się da ze wspólnego dobra. I wtedy zrozumiałem, dlaczego dziś w Polsce politycy zajmują się nie tyle Polską i jej dobrem, a wymiernymi wartościami w postaci swoich portfeli i kont bankowych.
Sprawa wydaje się prosta. W latach 20-tych nie za bardzo mieli co kraść, bo po kasa nowego państwa świeciła pustkami i gdyby te "grosze", które w niej jeszcze były zostały rozkradzione, lub mówiąc delikatnie, wyprowadzone do prywatnych kieszeni, Polska zwyczajnie by nie przetrwała, nie byłaby w stanie obronić się przed bolszewickim najazdem ze wschodu i rosnącym zagrożeniem z zachodu, nie byłaby w stanie nawet powstrzymać narodowościowych ruchów odśrodkowych. I wydaje mi się że rozumieli to Piłsudski z Witosem i Dmowskim, i mimo dzielących ich różnic potrafili jakoś się dogadać, by to państwo jednak przetrwało. Sprowadzając to do najprostszych pojęć, Polska była dla nich najważniejsza. Czy chodziło im o to by była silna i rosła na chwałę, czy tyko o to żeby w budżecie było dużo pieniędzy które można podzielić między swoich, to sprawa drugorzędna. Im mimo wszystko chodziło o Polskę.
A dziś? Cóż, czy naprawdę mam wyjaśniać? Czy rozrastająca się z roku na rok administracja i coraz to nowe rządowe instytucje (czyt. fuchy dla rodziny i znajomych), czy rosnące wydatki na utrzymanie prawdziwej armii urzędników (znacznie liczniejszej niż ta prawdziwa armia), czy utrudnianie zwykłego życia prostym obywatelom i ułatwianie wszystkiego "swoim" pozwalają sądzić, że politycy w Polsce jeszcze pamiętają o Polsce i obywatelach tego kraju? Śmiem twierdzić, że nie.
I celowo nie piszę o żadnej konkretnej partii, bo dla mnie cała klasa polityczna jest zepsuta do cna, a uzdrowić ją może chyba tyko radykalna zmiana systemu. Oby taka nastąpiła jak najszybciej, oby wyszła temu kraju na dobre i oby nie było za późno.

czwartek, 11 października 2012

Tort

Jeszcze wracając do tematu urodzin. Taki tort jak poniżej zgotowała mi rodzina wspólnymi siłami. Iwka wykonała ciasto (plus nadzienie jabłkowe) a dzieci ozdobiły i podały że świeczką.
A już za dwa tygodnie kolejna okazja do świętowania. Tym razem synek Franek swoje urodziny obchodzić będzie. Już trzynaste. I wcale nie pechowe, a wręcz takie wprowadzające w wiek dojrzalszy, bo dojrzały to jeszcze jednak nie.
Chociaż chłop jak dąb rośnie, to jednak czasami w głowie jeszcze dziecinne myśli krążą, jeszcze do dojrzałości i dorosłości brakuje. Ale powoli, powoli wyrośnie na ludzi.
I doskonale zdaję sobie sprawę że to wyrośnięcie to będzie nie taka łatwa sprawa i nie lada wyzwanie dla rodziców. Bo chociaż coraz mniejszy wpływ mamy ma to co Franek robi i kim będzie to jednak jeszcze ciągle my, rodzice, go kształtujemy, to jeszcze ciągle my kładziemy mu do głowy jakieś mądrości i rady życiowe, z których miejmy nadzieję kiedyś skorzysta, mimo że na razie traktuje je niczym banialuki i bajki jakieś. Jeszcze ciągle my mamy szansę, a nawet obowiązek nauczyć Franka jak sobie radzić w życiu, jak postępować, jak traktować ludzi i jakim być człowiekiem.
Ja sam mam w głowie jeszcze wiele zdań usłyszanych od rodziców w różnych okolicznościach, na różnych etapach swojego życia i wciąż wiele z nich pamiętam jak dziś, wiele z nich ciągle "doradza" mi co robić w chwilach niepewności. Mam nadzieję że i Frankowi coś zostanie w głowie z tych naszych mądrości wciskanych mu do głowy, ale nie mam złudzeń, że będzie się nas słuchał bezkrytycznie i żadnych błędów nie popełni. Oczywiście, że popełni, i oby tylko czegoś się na nich nauczył, oby na marne nie poszły.
I tego będę mu życzył za dwa tygodnie, kiedy z kolegami i koleżankami będzie na urodzinowe kręgle leciał  :-)


wtorek, 9 października 2012

Dobranoc

Tak trochę przewrotnie z tym tytułem, ale w sumie pora taka, że niektórzy pewnie spać idą. Na przykład dzieci nasze własne. Ułożone już w łóżkach, wyciszone na noc, zaopatrzone w życzenia kolorowych i wesołych snów.
A rodzice dzieci owych? Zaraz zaczną wieczorne harce, czyli zaparzą herbatę, usiądą przed komputerem i obejrzą jakiś serial. Że niby nuda? Że jak stare dziadki?
A może my już stare dziadki jesteśmy? Może już nam się nie chce szaleć po nocach i harcować do rana? Może właśnie spokoju w tym wieku trzeba?
Kilka dni temu zupełnie niepostrzeżenie zbliżyłem się jeszcze bardziej do magicznej granicy 40 lat. Nie wiem, czy bardziej mnie to przeraża czy śmieszy. Kiedyś myślałem, że w tym wieku będę skłaniał się powoli ku końcowi i niczego już nie będę oczekiwał od życia. Teraz sam widzę, że myliłem się okrutnie, że jeszcze wiele przede mną (oby), jeszcze mam na co czekać, czego się spodziewać, a jednocześnie doskonale zdaję sobie sprawę, że czasu coraz mniej, a ten, który mi został coraz szybciej przecieka przez palce i coraz trudniej go okiełznać. Zatem trzeba zagęszczać ruchy, jak to się mówi w pewnych kręgach. Trzeba brać się do roboty, żeby ci młodzi, chociażby ci, którzy śpią za ścianą nie wyprzedzili człowieka w połowie drogi.
Pomysłów ciągle pełna głowa, tylko coraz mniej energii i czasu, żeby wszystkie realizować. Dlatego chyba nadszedł czas na zebranie się w sobie, postawienie sobie jasnych celów, wybranie tych osiągalnych, a porzucenie tych, które są nierealne.
A jednym z tych pierwszych będzie większa regularność z jaką będę tu zaglądał i pisał. Osiągalne to jest, wystarczy tylko tego wieczornego lenia pokonać. A jak dziś się przekonałem, nie jest zbyt wymagającym przeciwnikiem.
Zatem poproszę o doping, chociaż i bez niego dam radę  :-)