poniedziałek, 25 marca 2013

Pierwsze razy

W zasadzie to co napiszę za chwilę powinienem napisać już tydzień temu, ale... brak czasu, brak weny, przebrzydłe lenistwo... stara śpiewka.

Poprzedni weekend z wielu względów był pełen "pierwszych razów".
Franek po raz pierwszy wyjechał na harcerski biwak, na cały przedłużony weekend, a my korzystając z mniejszej liczby Futraków do ogarnięcia po raz pierwszy w Dniu Św. Patryka wyjechaliśmy z Waterford i paradę przeżyliśmy w Cork.

Frankowy biwak szykowany był już od dawna, a od jeszcze bardziej dawna cała drużyna harcerska w Waterford przygotowywała się do wspólnego wyjazdu. W piątkowe popołudnie ponad 30 dzieci wsiadło do autobusu i żegnane smutnymi, ale dumnymi spojrzeniami rodziców i rodzeństwa, ruszyło do ośrodka w Mount Mellary, by tam spędzić niezapomniany weekend.
W tym samym miejscu ci sami rodzice 3 dni później odbierali zgoła inne dzieci. Wymęczone nocnymi wartami i rajdami tak, że zasypiały niemal na stojąco, a jednocześnie szczęśliwe i gotowe choćby zaraz wracać na biwak.
Trochę więcej szczegółów przeczytacie w artykule Michała Kaliskiego, a z refleksji osobistych napiszę tyle, że harcerstwo trafiło się nam (a raczej Frankowi) w doskonałym momencie. Sam nigdy harcerzem nie byłem, ale widzę, że bycie nim naszemu 13-latkowi przynosi same plusy, kształtuje zainteresowania, tworzy nowe przyjaźnie "hartowane" na biwakach właśnie, daje umiejętności, których nie-harcerze nie posiądą i wreszcie uczy dyscypliny, która w wieku, kiedy hormony zaczynają buzować w głowie, z pewnością się przyda.
Frankowe zdjęcia z frankowego biwaku czekają jeszcze w aparacie, ale pewnie jakoś niedługo sam się nimi pochwali.

A reszta Futraków? Pozbawieni najstarszego dziecka, a z najmłodszym jeszcze nie absorbującym prawie wcale, ruszyliśmy do Cork. Plan był taki, żeby odwiedzić znajomych (dzięki Agnieszko i Piotrze za gościnę) i zobaczyć inną niż waterfordzką paradę. Ale jak wiadomo niektóre plany są od tego, żeby brać w łeb i tak częściowo było z tym.
Odwiedziny oczywiście nastąpiły, rozbiliśmy nasz obóz w pracowni Niebiesko Mi, a w Dzień Św. Patryka ruszyliśmy na paradę. Jednak szybko okazało się, że wcale nie będziemy jej oglądać, a pójdziemy wraz z MyCork w paradzie. Mój plan robienia zdjęć maszerującym grupom szybko został skorygowany na rzecz robienia zdjęć widzom, z czego wyszło coś takiego:



Resztę zdjęć zobaczycie TUTAJ.
A jeśli ciekawi jesteście jak wyglądała grupa, w której szliśmy to zajrzyjcie TUTAJ.



W ramach planów, które biorą w łeb, czekała nas jeszcze niespodzianka w postaci Pidżama Party, czyli urodzin znajomej naszych gospodarzy, na które byliśmy słabo przygotowani w kwestii strojów. A ramach nieplanowanych planów, które biorą w łeb, mój pobyt na owym Pidżama Party (Iwka z Zuzką i dzieckiem wewnętrznym została w naszej bazie u Agi i Piotra), który miał potrwać dosłownie chwilę przeciągnął się karygodnie czego skutki przemilczę... :)
Potem już był tylko powrót do domu, powitanie z Frankiem, wieczorne wysłuchanie opowieści biwakowych i odsypianie intensywnego, "pierwszo-razowego" weekendu.

A żeby nie było że to jedyne nasze pierwsze razy ostatnimi czasy...
W tym roku po raz pierwszy nasz ogród zmieni się w ogród ziołowo-warzywny. Mamy nadzieję, że nie po raz ostatni. Zbieranie doniczek i innych pojemników trwa. Część nasion już wysiana i wykiełkowana w domu. Część wkrótce dojedzie z Polski (Dzięki, mamo!).
I w lato mamy zamiar żywić się zdrowiej tym co sami wyhodujemy. Chętnych zapraszamy na degustację, oczywiście jeśli do naszych roślin pierwsze nie dobiorą się ślimaki, prawdziwa plaga tutejszych ogródków.
No i z pierwszych razów czeka nas też Pierwsza Komunia Św. Zuzki. Ale to temat na inny wpis.

A na koniec jeszcze coś na lepszy nastrój i na poprawę pogody - wiosenny wierszyk Zuzki:

piątek, 22 marca 2013

Lepiej być nazwany draniem a zachować własne zdanie

"Chodzą o mnie cięte plotki tu i tam, że konfliktogenny sposób życia mam.
Lizusostwa nienawidzę, swych poglądów się nie wstydzę i z autorytetów szydzę
bo w ogóle jestem cham.

Oszołomem mnie uczynił ślepy traf, ale świat od przydupasów pęka w szwach.
Co buszują w polityce, i głosują na lewicę, kończą szkoły a w praktyce, są głupkami, że aż strach.

Czasem myślę czy nie warto w ramach prób, dla spokoju prawicowy zamknąć dziób, zamiast mieszkać w Ciemnogrodzie - Europejskiej sprostać modzie
Kosińskiego czytać co dzień i pedałów zwiedzić klub.

Chociaż przyszłość ma poprawny model wasz, obłe życie wciąga człeka niczym hasz. Jednak spiszcie mnie na straty kręgosłupa nie mam z waty, wolę zbierać tęgie baty ocalając przy tym twarz"


Leszek Czajkowski
O Iwie :)


:)

   Korciło mnie już wcześniej by rozliczyć się z wszechobecną "na mieście" opinią o mojej osobie :) Tylko, że każdy ma prawo do posiadania swojej, nawet jak buduje ją na wątpliwych czy nieprawdziwych informacjach. Próby konfrontowania teorii z praktyką, nie zanotowałam poza dwoma (brawo za odwagę) przypadkami, wszak należy unikać konfrontacji z nieczułym barbarzyńcą, dumną królową i zadufanym w sobie faryzeuszem. Jestem postrachem i dla próby umniejszania go, wymyślane są nawet o mnie dowcipy. Przy czym mąż pociesza, że skoro już są kawały na mój temat, toć celebryta jestem i nie ma powodów do zmartwień. Takowych oczywiście nie mam w tym temacie.
   Wszelakiej maści plotki i pomówienia i tak do mnie docierają, co jedynie potęguje współczucie dla otaczających mnie osób, które w nie wierzą. Spotykam potem skrępowaną spotkaniem osobą, która być-może zastanawia się czy ja wiem-to-co-wiem, czy brnąć w tematy o dupie maryni...Nie mam w sobie ani złości ani tym bardziej chęci odwetu czy nawet wyżej wspomnianej chęci konforntacji i prostowania ścieżek z "wyprowadzonymi w pole" osobami.

Będzie co ma być, a będzie dobrze.

  Z niejaką ckliwością i czułością spoglądam na skorumpowanych ciasnym, oszukańczym i tu-i-teraz'nym myśleniem. Przejmowanie się tym, że nie dorastam do wyobrażeń innych o mnie samej wydaje mi się tak niedojrzałe i głupie, że nawet o tym nie warto wspominać. Tylko ja doskonale wiem, że pewne rzeczy, relacje i znajomości ustępują miejsca nowym. A nowe nie znaczy "gorsze/złe/tragedia/co teraz będzie". I nie ma co szat rozdzierać, że jest się persona non grata w towarzystwie gdzie i tak nie chce się przebywać, bo krępuje albo nałożony na tematy kaganiec, albo gęstość pomówień i niewyjaśnionych akcji wisi niczym smog nad Rabką czy siekiera przysłowiowa.
Nie będąc ideałem, nie wymagam od innych bycia krystalicznymi, tym bardziej, że droga na jakiej jestem, a w szczególności zakręty i przystanki jakie są za mną, mogłyby służyć za przykład, no i służą,  jeśli ktoś zapyta i poprosi o pogaduchy.
  Trzymanie jezyka za zębami też ma swoje granice, bo są sytuacje gdzie konieczne jest wyjaśnienie dlaczego na coś się nie zgodzę, czy pomysłu nie poprę, choćbym gościła w takim domu wtedy po raz ostatni.
  Temperowanie mojego charakteru to niesamowita dla mnie przygoda, czasem powiadam synowi jak się "gra" w takową grę, eliminując nawyki, przyzwyczajenia, tępiąc własne wady i włączając np kilkunastominutowy bieg "nie myślę o sobie".... O raju! spróbujcie kiedyś i wytrzymajcie dziesięć minut :)   Czemu to wszystko, i skąd się bierze? Tak też kiedyś sobie myślałam, i określić mogę to na chwilę obecną (bo nadal o tym rozmyślam) kwestią daleko i blisko-wzroczności. Im dalej perspektywa tym mniej się liczy i kalkuluje (w dalekowzrocznej wersji wstaw "wieczność"), mniej przywiązań i mniej obciążeń, wyklucza się też pytania stresujące "co inni powiedzą". Może to ta niezrozumiała ekonomia, że lepiej pomału i gromadzić okruszki momentów, niż nachapać się pazernie dziś, i najszybciej zabierając i kradnąc innym (pomysły, znajomych, dobre imię i zapał). Toć jednak dopóki żyjemy mamy szansę i to jest właśnie bardzo optymistyczne :)
 A skąd wogóle i dlaczego ja o tym wszystkim? Cytując naszego rodzimego artystę, zapytaliście kiedyś wegetarianina dlaczego wp*erdala schabowe? I teraz on wie, że ty wiesz, że on te schabowe...Wszakże, gdy wegetarianin nie może walczyć z faktami, zdyskwalifikuje osobę która te fakty zna.
I o tym ten wpis.

sobota, 2 marca 2013

czytacze i czytaczki

A. Huxley w swoim sztandarowym dziele "Nowy Wspaniały Świat" napisał takie zdanie: "Nie konsumuje się wiele, gdy się siedzi i czyta książki." Z tego co pamiętam (chyba muszę wrócić do tej książki, tak swoją drogą), w realiach tamtego książkowego świata opartego na bezmyślnej konsumpcji była to niemal zbrodnia.
Na szczęście w naszym świecie czytanie nie jest karane, chociaż jak pokazują statystyki - coraz mniej popularne. Na drugie szczęście w domu rośnie nam drugie pokolenie, które nie zaważa na brak popularności tej jakże staromodnej rozrywki i oddaje się jej często i długo.
Franek własnie fascynuje się losami Jagienki i Zbyszka w "Krzyżakach", do których trzeba go było trochę zaganiać i namawiać stosując między innymi sztuczkę "na lekturę", ale jak już się wciągnął, to namawianie się skończyło. Przedtem niemal jednym skokiem połknął "Hobbita" i oglądając film mógł zabłysnąć wśród kolegów znajomością wątków pominiętych przez Jacksona. Przez parę dni miał nawet dobrą zabawę wyszukując nieścisłości między filmem a książką, a ja miałem niezłe wyzwanie żeby mu w tym sprostać.
Zuzka za to co chwila nas zadziwia swoją umiejętnością składania liter w wyrazy, wyrazów w zdania, a zdań w składne opowieści. Czasami wręcz, szczególnie gdy jeszcze niezbyt śpiąca jest, przy wieczornym czytaniu oburza się, kiedy nie pozwala się jej aktywnie uczestniczyć w czytaniu. Najczęściej doczytuje ostatni wyraz w zdaniu, ale zdarzają się dni kiedy sama przeczyta pół książeczki i dopiero potem pozwala łaskawie tacie albo mamie dokończyć. A najlepsze są chwile, kiedy sama bierze książkę i zaczyna sobie czytać. O tak właśnie:


A starsze Futraki?
Też czytają. Książki, tygodniki i internetowe głupoty też.
Iwka książki połyka z imponująca prędkością, ja nawet nie próbuję jej dorównywać, ale bardzo nie odstaję, szczególnie od chwili kiedy pod choinką znalazłem Kindle'a. I jak się okazuje Mikołaj trafił w przysłowiową "dziesiątkę". Mam wrażenie, że czytam więcej niż w epoce książek papierowych, i jestem pewien, że czytam to na co mam naprawdę ochotę. Przedtem stojąc raz do roku przed półką w księgarni w Polsce miałem szaleństwo w oczach i smutek w sercu, że te książki tyle ważą, a do samolotu można tylko jedną walizkę zabrać. Teraz wagę książek liczę nie w kilogramach, ale kilobajtach i nie muszę w końcu czekać na kolejną wizytę w Polsce, żeby jakąś nowość upolować.
A miarą wygody Kindle'a, ale też naszej rodzinnej miłości do książek jest chyba fakt, że od kilku dni Franek przestał zastanawiać się jaki chciałby mieć tablet czy smartfon, ale postanowił zebrać kasę i kupić sobie własnie e-booka. Tym bardziej, że wszystkie lektury ma dostępne za darmo i praktycznie niemal natychmiast, a miejscowa biblioteka oferuje darmowy internet ułatwiający i zakup i wypożyczanie książek. Prawdziwy raj dla młodego mola książkowego.
No to tyle. A teraz wracam do Konstantego Willemana i wojennego świata z "Morfiny" Twardocha.