czwartek, 27 czerwca 2013

Wakacje... znów będą wakacje...


Wakacje zbliżają się wielkimi krokami, dzieci szykują się do ostatecznego porzucenia szkoły na dwa miesiące, a rodzice zaczynają myśleć jak dzieciom urozmaicić wakacyjny czas.
Wczoraj oficjalnie Franek zakończył edukację na poziomie podstawowym w szkole irlandzkiej. Była mała uroczystość w szkole, występy, wspomnienia, plany na przyszłość, dyplomy i tort dla wszystkich szóstoklasistów, ich rodziców, rodzeństwa i zaproszonych gości. Franek elegancki jak jeszcze chyba nigdy w szkole napawał rodziców dumą i trochę wzruszeniem.
I jeszcze nieco zdziwieniem, że te lata tak szybko zleciały. Patrzyłem na tego wielkiego chłopaka, górującego nad niektórymi kolegami o więcej niż głowę, a nad swoją nauczycielką o pół głowy, i zastanawiałem się gdzie podział się ten mały chłopaczek zaczynający w 2006 naukę w Senior Infants. Wtedy był w tej samej klasie, w której teraz jest Zuzka, a jak ona będzie na miejscu Franka, jej miejsce zajmie Helka.

Od września będziemy mieć zatem dwoje pierwszoklasistów. Starszego w gimnazjum, młodszą w podstawówce. A najmłodsza pociecha trafi na listę oczekujących w szkole naszych dzieci.
I tak coraz częściej zastanawiam się jak to się stało (a raczej kiedy), że te dzieci nasze takie duże, takie dorosłe prawie, takie już niezależne. Tak sobie myślę, że fantastyczni ludzie z nich wyrastają, zdolni i ciekawi świata. I od nas teraz już tylko zależy, żeby tych zdolności i ciekawości nie zatraciły.

Dyplomy ukończenia podstawówki rozdane.
Jeden trafił do Franka.

Szósta klasa ze swoim tortem.
Ten długowłosy dryblas z tyłu to Franek.

Sarah, czyli nauczycielka 6 klasy bardziej przypomniała ich koleżankę niż nauczycielkę.
Szczególnie kiedy patrząc na Franka musiała zadzierać głowę do góry.

Pierwszy frankowy dzień w Waterford Educate Together N.S.
Akwarium nadal stoi, ale już nie wydaje mu się takie wielkie.

Prawie-harcerz Franciszek w pełnym umundurowaniu.

Ulubiona armata Zuzki.
Żadna wycieczka do parku nie może się obejść bez jej dosiadania.

Dzisiejszy poranek z Helką, czyli poranna aktywność i baraszkowanie w pościeli.

poniedziałek, 17 czerwca 2013

skoro pada, to do muzeum

Korzystając z tego, że pogoda wróciła do irlandzkiej letniej normy, czyli było mokro, szaro i ponuro, nie wybraliśmy się tradycyjnie na plażę, ani w góry, ani w ogóle w żaden plener, ale pod dach naszego miejscowego Muzeum Średniowiecznego. Zbieraliśmy się, żeby je obejrzeć już od jakiegoś czasu, ciekawy budynek kusił od dawna, żeby zajrzeć do środka, ale jakoś nie było okazji.
Okazja zdarzyła się wczoraj, kiedy w Irlandii obchodzono Dzień Ojca. Jako przykładny ojciec zabrałem więc dzieci na edukacyjną niedzielną wycieczkę a potem ciacho (na lody temperatura trochę nie pozwoliła, a trochę bardziej ich brak w pobliskiej kawiarni).
W sumie nie wiem czy dzieciom bardziej do gustu przypadło ciacho czy muzeum, ale nie narzekały bardzo ani na jedno ani na drugie, więc mam wrażenie, że nie było źle. Szczególnie że muzeum nawet całkiem interaktywne, z elektronicznymi przewodnikami, które opowiadają o tym co się zwiedza, o tym co się widzi i wskazują gdzie iść dalej. Franek oczywiście po założeniu słuchawki przewodnika zaczął udawać agenta specjalnego i na początku bardziej niż eksponatami interesował się samą obsługą przewodnika, klikaniem i próbami "hackowania" (na szczęście nieudanymi).
Dopiero kusze, miecze i kawałek działa trochę odciągnęły jego uwagę.
Zuzka z kolei oczywiście wolała podziwiać suknie, jakieś zdobienia, chociaż i miecze długo wspomniała.
Helka ostentacyjnie olała ekspozycję (poniekąd w przenośni, chociaż pielucha byłą mokra) i spała grzecznie przez niemal cały czas. Dla niej najciekawszym eksponatem okazało się mamine mleko serwowane w jednej z dwóch sal kinowych.
A rodzice? Pozwiedzali, pooglądali, zobaczyli dwa filmy i trochę przybliżyli sobie historię Waterford. No i podziwiali Paschał z Lismore, podobno niezwykle cenny i unikatowy, chociaż w samym muzeum potraktowany nieco po macoszemu.
Skład win, niestety pusty

Franek spotkał ziomala-króla

Rzeczony unikatowy paschał, w zasadzie ładny

Na koniec przymierzyliśmy się jeszcze do tronu władców Waterford, ale po głębszym zastanowieniu się postanowiliśmy abdykować przed koronacją i pozostać zwykłymi szarymi obywatelami.




Ale żeby nie było, że to wszystko tylko i wyłącznie z mojego powodu...
Dzień wcześniej dzieci nasze ukończyły rok szkolny w Polskiej Szkole w Waterford. Zuzka - zerówkę, Franek - pierwszą klasę gimnazjum. Zarówno one jak i my cieszymy się z wolnych sobót i w końcu prawdziwych dwudniowych weekendów... zresztą tylko dwóch, po za dwa tygodnie skończą i szkołę irlandzką, rozpoczną wakacje i będą miały weekend przez dwa miesiące.

I jeszcze na koniec krótka foto-kronika ostatnich wydarzeń. W kolejności przypadkowej.
Dzień Matki w zerówce i Zuzka recytująca

Rodzinnie w ogrodzie. Lubimy :)

Mini  Mini, czyli dzieci teatralne, a Zuzka wśród nich

Deska, czyli młodzież teatralna, i rapujący Franek  (wiem, że nie słychać, ale uwierzcie na słowo)

Jeden z dziewięciu dni lata w Irlandii, dzieci były zachwycone, my też (do czasu, ale o tym lepiej cicho-sza)

Dobranoc :)
(wiem, że jest środek dnia, ale to nie przeszkadza Helce w drzemce)

poniedziałek, 3 czerwca 2013

ławeczka

Żona prosiła, groziła, męczyła i w końcu męża skłoniła do zrobienia ławki ogrodowej, takiej do posiedzenia i kontemplowania najbliższej okolicy ograniczonej widokowo przez żywopłot. Mąż przyznaje się bez bicia, że koncepcje ławki zmieniały się w jego głowie i że przez długi czas zwyczajnie materiałów brakowało. Na szczęście wystarczył jeden spacer do pobliskiego Woodie's i wszystkie czego było trzeba znalazło się, a koncepcja uprościła się maksymalnie.
Koncepcja przełożona na rzeczywistość wygląda tak:
i wymaga jeszcze pomalowania, ale siedzieć się już na niej da, co sprawdziliśmy wczoraj jedząc w ogrodzie obiad a potem siedząc tam na kawie z gośćmi. 
No bo jakże nie odczuwać przyjemności z takiego widoku i dziesiątek roślin wyhodowanych od ziarenka, a teraz już niemal owocujących i nadających się do zjedzenia ze smakiem.


A przed obiadem, aby podbudować apetyt i skorzystać z niecodziennego słońca za oknem, ruszyliśmy całą piątką na plażę. Jedna droga okazał się mało przejezdna, ale na szczęście sytuację uratowała jej siostra prowadząca na drugi koniec plaży. Skutkiem tego najpierw szliśmy ze słońcem w plecy, a potem w twarz, a nie odwrotnie.
W telegraficznym skrócie wyglądało to tak:
próba rozpalenia ogniska... na szczęście nieudana :)

jeden ze skarbów znalezionych w piasku

zwracam uwagę na krystaliczną czystość wody, w której kiedyś się chyba nawet wykąpiemy

chatka nad plażą, widok musi mieć fantastyczny... niestety nie do wynajęcia

namiastka widoku z chatki

czekając na zastrzyk energii przed powrotem
Najmłodsza dziecina nasza spędziła całość wyprawy zawinięta w chustę na piersiach taty. Oczywiście śpiąc smacznie, bo cóż innego robić kiedy z jednej strony grzeje słońce, a z drugiej tatowe futro, i w brzuchu pełno mleka. Sam bym tak chciał.