piątek, 16 sierpnia 2013

witaj szkoło!

Aż trudno uwierzyć, że od napisania tego posta minęły już prawie dwa miesiące. Dziecięciem będąc pamiętam, że wakacje mijały mi błyskawicznie, jednego dnia odbierałem świadectwo, potem coś się działo i nagle trzeba było znów do szkoły wstawać. Okazuje się, że to wcale nie mija z wiekiem. Teraz też mam wrażenie, że zaledwie kilka dni temu dzieci nasze żegnały się ze swoją szkołą (Franek żegnał się na dobre), cieszyły się na dwa miesiące porannego lenistwa i całodziennych szaleństw, a tu nagle przychodzi druga połowa sierpnia i za chwilę te same dzieciaki zapakują plecaki książkami i ruszą dzielnie do swoich pierwszych klas.
Tak, oboje do pierwszych. Ten rok tak się układa, że Zuzka zaczyna poważną edukację w pierwszej klasie podstawówki, a Franek jeszcze poważniejszą - w pierwszej szkoły średniej. I powoli dopada nas ta świadomość, że to już nie przelewki. Szczególnie synek, a raczej jego wiek, daje do myślenia.
Kim będzie? Co go czeka? Jak sobie poradzi? Czy jego wybory są dobre? A może lepiej go pchnąć w inną stronę?
Trochę tych wątpliwości mamy, trochę się zastanawiamy, a trochę chyba jednak ciągle dziwimy, że Franek tak nagle nam urósł i z małego chłopczyka bawiącego się klockami Lego wyrósł na młodzieńca wyższego od mamy i znikającego czasami na kilka godzin z kolegami lub... koleżankami.
On sam z wyboru szkoły się cieszy, o czym sam napisał w iście żołnierskich słowach tutaj. My w zasadzie też, chociaż osobiście ta wielka szkoła mnie nieco przeraża. Może nie sama jej wielkość, ale świadomość tego, że tam uczy się grubo ponad 1 000 chłopaków, że przy tej masie uczniów trudno może być o podejście indywidualne do ucznia, do którego tak przywykliśmy w naszej małej Educate Together.
Z pewnością i dla nas i dla Franka będzie to jak skok na głęboką wodę, ale cóż... kiedyś dzieci muszą nauczyć się pływać, i lepiej wcześniej niż później. Prawda?

upałów nie ma, za to jest nadmorska bryza urywająca prawie głowy , więc będąc w Tramore nie mogliśmy sobie odmówić spaceru po plaży

folkowa Zuzka w zbożu

prawie jak klown

co Helka chciała powiedzieć?
przekonajcie się na filmie poniżej :)


poniedziałek, 5 sierpnia 2013

trzy dni w chuście

Pierwszy weekend sierpnia to tak naprawdę wcale nie "pierwszy weekend sierpnia" tylko "Weekend Spraoi", to tak naprawdę trzy szalone dni, po których bolą nogi, plecy (a niektórych i głowa), ale które wspomina się przez cały kolejny rok i na które czeka się kolejne 12 miesięcy.
Bo Spraoi to festiwal, który lubimy i polecamy. To takie trzy dni, podczas których Waterford ściąga niczym magnes nie tylko zwykłych turystów, ale też różne dziwne postacie, nie tylko artystów, ale też ludzi robiących dziwne rzeczy, a chcących uchodzić za artystów. Nie wszystko jest fajne... albo inaczej... nie wszystko nam się podoba, ale taki już urok teatrów ulicznych, że nie każdemu pasuje w nich wszystko.
W zasadzie każdy Weekend Spraoi zaczynam już jakiś tydzień wcześniej oglądając program i zastanawiając się co może być fajne, co może nam się spodobać, co sprawi, że przez cały dzień będziemy chodzili z głowami w chmurach, a z drugiej strony, co może być zaledwie namiastką zabawy nie wartą naszej uwagi. A i tak zwykle jest tak, że planowanie planowaniem, a rzeczywistość swoje i czasami wylądujemy na przedstawieniu, którego nie planowaliśmy, albo nie zobaczymy czegoś, co zobaczyć chcieliśmy. Cóż, uroki teatru pod chmurką, posiadania dzieci i przypadków losowych.
W tym roku oprócz naszej zwykłej dwójki amatorów sztuki ulicznej mieliśmy jeszcze pod opieką małą Helkę i babcię całej trójki naszych pociech. Obie zupełnie bezproblemowe, Helka zawiązana w chuście grzecznie spała przyklejona do taty, a babcia chętnie spacerowała z nami, pomogła w ogarnięciu dzieciaków i jeszcze podrygiwała wesoło przy muzyce. Znaczy, chyba się podobało.
A co widzieliśmy?
W piątek w dużej mierze "dzień kuchenny", czyli żarty kucharzy lub kelnerów, a w każdym razie związane z gastronomią. Zwykle były to jedne z najfajniejszych występów, w tym roku lekko zawiodły. I Nakupelle i Naked Lunch. Z zupełnie innych powodów. Pierwszy niby śmieszny, ale brakowało mu czegoś do porwania tłumów. Drudzy panowie oparli swój występ na rozbieraniu się do rosołu... czym przyćmili fajne momenty, chociażby "Bolero" zagrane na garnkach i patelniach, czy żartobliwy epizod z marchewką. Jednak do BackUp Theatre z ubiegłego roku było im daaaaleko.
Kucharze ze Spraoi 2012 - mistrzostwo świata

Na szczęście potem było już lepiej. Pagottic zachwycił swoimi machinami, konstrukcjami i naprawdę dobrą zabawą, a Pull Up Orchestra rozruszała całą uliczkę i jak dla mnie była najlepszym punktem piątkowego programu, na tyle najlepszym, że bez wahania kupiłem ich płytę.
Potem były jeszcze trzy panienki-akrobatki, które oglądałem z oddalenia, bo Helce nie przypadła do gustu oprawa dźwiękowa (w przeciwieństwie do Pull Up Orchestra, która mimo swojej energii skutecznie Helkę uśpiła). A na koniec tańce na ścianie, czyli Hiszpanie na szklanej tafli Waterford Crystal. Wrażenie niezłe, muzyka też OK, niestety zmęczenie materiału nie pozwoliło nam obejrzeć do końca.

Sobota zaczęła się śmiesznie od lokalnego magika Jacka Wise'a. Przekrój sztuczek spory, od znanych ze znikającymi piłkami i zegarkiem, po mniej znane z odczytywaniem niespodziewanie wyrwanych stron z książki, po brzuchomówczy numer, który rozbawił mnie do łez. I chyba nie tylko mnie, bo publika wydawała się zachwycona.
Potem jeszcze Little Big Men, czyli dwóch niepoważnych facetów przebranych za lalki i Strong Lady, czyli siłaczka z Australii popisująca się swoją tężyzną z takim wdziękiem i humorem, że aż Franek przełamał nieśmiałość (hehehe....) i zrobił sobie z niż zdjęcie, a Zuzka już do końca dnia kazała się mianować The Strong Lady i podziwiać jej niezwykłą siłę.
Strong Man i Strong Lady - para jak z żurnala
W oczekiwaniu na ciąg dalszy posililiśmy się kawą i kanapką, a Zuzka niespodziewanie zmieniła się w dalmatyńczyka.
Jeden z nielicznych psiaków, na które nie mam uczulenia
Odpoczęci, napici, najedzeni znów wysłuchaliśmy Pull Up Orchestra, znów kupiliśmy płytę (bo młodych trzeba wspierać) i tylko z niejakim niepokojem spoglądaliśmy przez ramię na zbierające się za nami ciemne chmury. Niestety chmury okazały się być szybsze niż planowane zakończenie soboty i deszcz przerwał występ Tumble Circus. Chociaż wcześniej ten sam występ przerwała niezbyt przytomna pani, która widząc aktorów udających małżeńską sprzeczkę bez oporu podeszła do artysty i przyłożywszy mu pięknym sierpowym zostawiła i jego, i jego partnerkę i całą publiczność w osłupieniu. Dopiero po sekundzie lub dwóch wszyscy zrozumieli, że ten cios nie był częścią przedstawienia, a panią i jej puszką piwa zajęli się ochroniarze. Ot, los niezrozumianego artysty.
Niestety puenty, a nawet rozwinięcia występu Tumble Circus nie było nam dane obejrzeć, bo potoki wody skłoniły nas do szybkiego odwrotu w kierunku najbliższego postoju taksówek.
Potem już był tylko szybki pad na łóżka i równie szybki sen.

A niedziela? Okazała się przedłużeniem nocnego odpoczynku. Jedynie Franek poczuł się na siłach, żeby coś obejrzeć z szerokiej niedzielnej oferty Spraoi. Reszta postanowiła zalec i zebrać siły na wieczorną paradę i fajerwerki, co okazało się strategią na tyle skuteczną, że wieczorem była i energia i chęć do wyjścia w miasto.
Parada w tym roku krążyła wokół tematów morskich, a zakończona marynarzami śpiewającymi "Don't worry, be happy" pozytywnie nastroiła tłumy widzów, które potem szybko rozstawiły się wzdłuż rzeki by obserwować jeden z najfajniejszych pokazów fajerwerków jakie widziałem. Niby takie nic, niby taka prosta rozrywka, a jednak ciągle zachwyca, szczególnie kiedy z zupełnego nienacka nad samą głową wybucha prawdziwy parasol kolorowych fajerwerków.
Dzieciaki padnięte były ale zachwycone. Zresztą podobnie jak dorośli. Jedynie Helenka jakoś nie skorzystała z bogatej oferty Spraoi, a jedynie wyspała się za wszystkie czasy przywiązana przez trzy dni chustą do taty. Ale podejrzewam, że już za rok może być jednym z naszych głównych motorków napędzających nasze festiwalowe podróże.

Zatem do zobaczenia za rok na Spraoi!

A tych, którzy wciąż nie wiedzą, co to jest to całe Spraoi, zapraszam tutaj - http://www.spraoi.com/. Poznawajcie i przybywajcie, bo warto :)

piątek, 2 sierpnia 2013

Postępy

Niedawno przeczytałem pobieżnie artykuł o tym jakie to postępy ludzkość poczyniła w ciągu ostatnich 10 lat i jakie kolejne postępy są spodziewane wkrótce. I mam wrażenie, że myśl ludzka idzie do przodu coraz szybciej, że coraz trudniej to opanować, że już teraz żyjemy w świecie, który kiedyś wyobrażali sobie pisarze i filmowcy science-fiction.
Tyle, że nie o takich postępach chciałem dziś pisać...

Bo co mi tam ludzkość cała, kiedy niezłe postępy widzę w swojej rodzinie.

Taka na przykład Helka, u której rozwój widać najlepiej, bo z dnia na dzień czegoś nowego się uczy, wczoraj zorientowała się, że swoje rączki może złapać, potrzymać, puścić i potem znów złapać. Od tego już tylko krok do klaskania, potem chwytania różnych rzeczy w obie ręce i uciekania przed rodzicami, żeby te rzeczy obejrzeć i wreszcie wzięcia w obie te ręce walizek, żeby się wynieść od starych w wielki świat.

Poza tym umie już uśmiechać się pięknie, a nawet od czasu do czasu coś na kształt śmiechu wyda z siebie. Oczami i głową wodzi za rodzicami, rodzeństwem i kolorowymi zabawkami, a uszy ciągle nadstawia do Zuzkowych i maminych kołysanek, które kwituje albo wybuchem wesołości, albo szybkim uśnięciem.

O Zuzkowych nowych nabytkach umiejętności rowerowych już nie będę przynudzał, bo pewnie jeszcze nie raz się zachwycę tym jak jeździ.
Z pozostałych postępów zadziwia mnie na przykład jej fascynacja wycinaniem rzeczy wszelkich. Ostatnio nie poprzestaje na kolorowaniu obrazków, musi je jeszcze wyciąć i to w takich szczegółach, że śmiem twierdzić, że jej tata ze swoimi wielkimi, niezgrabnymi paluchami pozostałby daleko w tyle.

Do tego nieustająco zachwyca swoimi umiejętnościami wokalnymi, czy może po prostu słuchem. Czasami zdarzy jej się, ot tak od niechcenia, zaśpiewać piosenkę, którą słyszała raz, tydzień wcześniej, i to czasami podczas zabawy. W jakiś magiczny, dla mnie pozbawionego słuchu muzycznego, sposób melodia i słowa zapadają jej w głowę, by wypłynąć w najmniej oczekiwanym momencie. I nawet jakieś przymiarki (na razie w sferze planów i marzeń) robimy, żeby tego talentu nie zaprzepaścić i coś z nim zrobić, ale na razie czekamy na bardziej sprzyjający moment, głównie czasowo i finansowo, bo ten rok szkolny zapowiada się na wyjątkowo zajęty i wypełniony po brzegi - teatrzyk, harcerstwo (do którego Zuzka już jest zapisana jako zuch), pierwsze klasy w szkołach polskiej i irlandzkiej, oj będzie się działo.

Franek wrócił z dwutygodniowych wakacji w Polsce i od razu na lotnisku zasłużył sobie na moją uwagę, żeby przestał stawać na palcach. Po czym okazało się, że wcale na palcach nie stoi, tylko urósł po prostu. Jak się szybko okazało, nie tylko fizycznie, ale i w głowie coraz poważniej wygląda.
Coś mi się zdaje, że kończy się okres wczesnego, głupawego nastolatkowania, a zaczyna się czas poważniejszych spraw, przemyśleń i rozmów. Byłoby fajnie gdyby te rozmowy prowadził czasami też z tatą, ale zdaję sobie sprawę, że "starzy" przestają być główną wyrocznią, że Franek powoli bierze owe walizki i szykuje się do wypłynięcia na szerokie wody. Pewnie jeszcze kilka lat minie zanim to nastąpi ostatecznie, ale obawiam się, że te kilka lat minie nam jak kilka dni.

A umiejętności nowe? Oj, długo by wymieniać, chociaż pewnie trudniej je znaleźć na pierwszy rzut oka, bo nie są tak oczywiste i łatwo uchwytne jak w przypadku młodszych sióstr. Wczoraj, na przykład synek zrobił, przy asyście taty i siostry, kolację. Wrzucił do garnka (tak, tego specjalnego garnka Thermomixem zwanego) składniki, wcisnął kilka przycisków, wyciągnął ciasto i po krótkim instruktażu ze strony mamy przygotował pierogi leniwe. Szkoda, że tak mało, bo zjadałbym kilogramami.
Widać, że pobyty w Polsce, bez opieki i nadzoru rodziców dobrze mu robią. Szczególnie chwile spędzone pod okiem wujka w restauracji, gdzie coraz bardziej precyzują się Frankowi jego marzenia o byciu kucharzem, może szefem kuchni, a może i szefem knajpy kiedyś w przyszłości.

I takie to zdolne i postępowe dzieci mamy w domu. O dalszych postępach nie omieszkamy poinformować najbardziej zainteresowanych :)

czwartek, 1 sierpnia 2013

Po kilku kroplach

Do Irlandii wróciło tradycyjne lato. Czyli pada, wieje, a chmury skutecznie przykrywają niebo wymazując wspomnienia o upałach, o których przypominają jedynie opalone, albo spalone twarze tubylców. Trawa i inne rośliny wracają szybko do formy, zielenią się i przywracają sens nazywaniu tej krainy Zieloną Wyspą.
Jednak chyba niektórzy zbytnio przywykli do upałów, słońca i bezdeszczowej pogody, bo kilka litrów wody z nieba sprawiło, że kierowcy nieco się zdezorientowali i ślizgają się po mokrym asfalcie jakby nigdy po nim nie jeździli. Wracając z Cork z synkiem i teściową nie dość że chwilami wlokłem się za samochodami jadącymi ostrożnie i delikatnie jakby asfalt pokrywała warstwa lodu a nie wody.
A do tego wszystkiego na moście pod Youghal, a w zasadzie na barierce tuż przed nim zawisł mały bus, który najwyraźniej nie wyrobił się na zakręcie i po krótkim ślizgu nie trafił w most, a mało brakowało a trafiłby do rzeki pod nim.
Wydawałoby się że Irlandczycy i inne nacje zamieszkujące wyspę jeżdżenie w deszczu mają w przysłowiowym małym palcu. A tu okazuje się, że do dobrego łatwo przywyknąć i kilka słonecznych dni sprawiło, że umiejętności znikły, a przynajmniej się przyczaiły. Pewnie na chwilę tylko, bo pogoda nas nie rozpieszcza, ale zawsze.