środa, 23 października 2013

czternastka

Aż trochę trudno uwierzyć, ale za dwa dni, w najbliższy piątek nasz synek pierworodny ukończy 14 lat. Normalnie trochę w szoku jesteśmy jako wciąż młodzi rodzice z takim młodzieńcem u boku. Jednak sądzę, że w piątek Franka czeka nie mniejszy szok, bo niespodzianka, którą szykujemy powinna otworzyć mu oczy ze zdumienia. Nic więcej nie napisze, bo dziś ma coś do zrobienia przy komputerze i istnieje ryzyko, że zajrzy i na bloga.
Tak sobie patrzę na tego Franka wyższego od mamy i goniącego wzrostowo mnie w zawrotnym tempie, i nie mogę wyjść z podziwu dla drogi, która już za nim. Jak bardzo się zmienił od czasów kiedy  jako mały Franio biegał po placach zabaw i kopał nieporadnie piłkę. Dziś nasz młodzieniec jest harcerzem, grywa w przedstawieniach, chodzi do gimnazjum i uczy się na potęgę. Na wspomnienie o placu zabaw tylko dziwnie się patrzy i ironicznym uśmiechem, a piłkę woli kopać w grze na komórce. Daleko mu do ideału, ale jak czasami tak patrzę na niego i na jego kolegów, to serce rośnie i duma rozpiera to i owo. Fakt, jest inny (chociaż w gimnazjalnym mundurku wizualnie mało się odróżnia od kolegów ze szkoły), słucha innej muzyki niż większość kolegów, nie ogląda telewizji i nie zna najnowszych trendów, nie obchodzi go moda i to co teraz jest na topie, i coraz częściej mam wrażenie, że przejmuje po rodzicach takie nieco ironiczne podejście do świata.
Nawet coraz mniej przejmuje się swoim wyglądem, ale to może dlatego, że i wygląda coraz lepiej. Od jakiegoś czasu rośnie zdecydowanie wzwyż, a wszerz zdecydowanie jest go coraz mniej. Do tego długie włosy, leciutko zaznaczający się wąsik pod nosem i postura godna niejednego osiemnastolatka. To wszystko sprawia, że już niedługo ma szansę zostać łamaczem kobiecych serc. Oby łagodnym łamaczem :)
Sami zresztą zobaczcie:


Czy powiedzielibyście, że to ten sam chłopaczek, który 7 lat temu przyjechał z nami do Irlandii?

Nie odkryję Ameryki, pisząc, że dzieci nam rosną. To oczywiste, ale czy to musi dziać się tak szybko? Czy te dni, tygodnie, miesiące i lata muszą tak szybko znikać? I to wręcz coraz szybciej?
Pewnie muszą, tylko nie wyobrażam sobie jak szybko musi upływać czas na przykład naszym rodzicom.

A tymczasem irlandzka jesień daje nam chwilę wytchnienia od deszczu i wiatru sprawiającego, że deszcz pada poziomo. Dziś jeszcze pocieszyliśmy się słońcem i w miarę znośną temperaturą, ale od kilku dni kominek działa pełną parą, podobnie jak woda spadająca z nieba. Raz spada intensywniej, raz przyczaja się za jakąś większą chmurą, by po paru chwilach wyskoczyć znienacka i oblać wszystkich i wszystko dookoła. Do spółki z kolegą wiatrem robią czasami taką zawieruchę, że aż żal się robi tych co na dworze zostali, albo tęskno się robi do jakiegoś ciepłego kąta i kominka właśnie.
Jeszcze jakiś tydzień temu o Irlandii kolega wiatr hulał samotnie i przewalał sterty suchych liści z jednej strony ulicy na drugą. Ale widać szybko mu się znudziło i teraz już suchych liści nie uświadczysz, a wiatr przewala jedynie strugi wody. Cóż, irlandzka jesień (i poniekąd zima, bo poza temperaturą do marca niewiele się zmieni) pełną gębą. Taki klimat.

Nie to żebym narzekał, o nie. Ja nawet takie klimaty lubię. Pod warunkiem, że akurat jestem po właściwej stronie okna i oglądam harce deszczu z wiatrem zza bezpiecznej szyby i z kubkiem herbaty albo kawy gdzieś w pobliżu. W przeciwnym wypadku z tym lubieniem tego klimatu już nie jest tak uroczo.

A na koniec tradycyjnie kilka zdjęć z mojej Zorki 5 (plus dwa od znajomego fotografa)
Wycieczka na bardzo fajną plażę u ujścia rzeki

Leżenie obok najmłodszej Futraczki to obecnie jedno z moich ulubionych zajęć

Pierwszaczka nasza, czyli Zuzanna z ślubowaniu 1 klas w Polskiej Szkole w Waterford

Od najmłodszych lat warto dzieci oswajać z mikrofonem i sceną

Futraki najstarsze, choć ciągle młode

piątek, 4 października 2013

100lat to za mało :)

                              Najlepszemu człowiekowi jakiego znam..
                              moc życzeń urodzinowych. Nieba wiecznego!
                              Wytrwałości i cierpliwości dla naszej gromadki.



                             
Zaiste piękny jesteś, miły mój,
o jakże uroczy!
Łoże nasze z zieleni.

Pnp 1,15


czwartek, 3 października 2013

wrześniowe wyprawy

Zupełnie niespodziewanie minął wrzesień i jednocześnie minęło 7 lat od chwili kiedy zaczęliśmy naszą przygodę na irlandzkiej ziemi. Siedem lat, a minęło jak przysłowiowy jeden dzień. W tym czasie w Irlandii urodziły się nam dwie córki, syn zaczął i skończył podstawówkę, przepracowaliśmy trochę, założyliśmy firmę, ja poszedłem do szkoły i ukończyłem ją z wyróżnieniem, Iwka zaczęła kurs i jeszcze się uczy, do tego działaliśmy społecznie, poznawaliśmy nowych ludzi, bywaliśmy u burmistrza, chodziliśmy na koncerty, wystawy i inne imprezy, czyli w zasadzie żyliśmy normalnie.
Według naszego planu pierwotnego już od dwóch lat powinniśmy być z powrotem w Polsce, ale wyszło tak jak wyszło i już teraz takich wielkich planów nie robimy. Bo przecież kto to wie gdzie będziemy za kolejne 7 lat? Kto to wie gdzie wtedy będą nasze dzieci, 21-letni Franek, 14-letnia Zuzka i 7-letnia Helka? Kto wie co przyniesie nam kolejny rok, a co dopiero jeszcze następne sześć?
Jasne, że jakiś ogólny plan mamy, ale zdajemy sobie sprawę, że jutro on może się zmienić, runąć w gruzach, czy wydać się kompletnie "od czapy".

A tymczasem, w wolnych chwilach, kiedy akurat nie snujemy planów na przyszłość, żyjemy naszym życiem, które zdaje się całkiem znośne... nie... w zasadzie to mogę powiedzieć, że jest bardzo dobre. Dla nas, tu i teraz właśnie, jest takie jak ma być, bo przecież innego nie mamy.

I tego też uczymy nasze dzieci. Żeby cieszyły się z tego co mają, żeby nie szarpały się tak strasznie chcąc zdobyć coś, co tak naprawdę nie jest im potrzebne, żeby czasami usiadły, spojrzały spokojnie na to co jest dookoła i uśmiechnęły się.
I przeważnie chyba się udaje, bo uśmiechają się. Zobaczcie sami.







A reszta zdjęć z naszych wrześniowych wycieczek (tych rodzinnych i tych z gośćmi) obejrzyjcie sobie tutaj. I trzymajcie za nas kciuki nadal.