czwartek, 20 marca 2014

Wyjechali na wakacje...

Dzielne uśmiechy przed wyjazdem
Nie, no w zasadzie to ani na wakacje, ani wszyscy nasi podopieczni. I do tego już wrócili.
Bowiem ubiegły weekend nasze dzieci starsze wybrały się ze swoimi zastępami - harcerskim i zuchowym - na trzydniowy biwak w góry Wicklow. A rodzicom zostawili małą Helenkę i trochę obaw czy wszystko będzie w porządku, szczególnie że dla Zuzki był to pierwszy taki wyjazd i trochę łez popłynęło jeszcze zanim nadszedł dzień wyjazdu.

Na biwaku jak to na biwaku, zabawy było co niemiara. Konkursy, wycieczki, rajdy i takie tam. Pewnie jeszcze nie o wszystkim dzieciaki zdążyły nam opowiedzieć.
Najważniejszego jednak dowiedzieliśmy się zaraz po powrocie. Otóż Franek złożył harcerską przysięgę i z biwaku wrócił z krzyżem harcerskim. Dumnie teraz wypina pierś. Równie dumnie jak dumni są z niego rodzice.
"Za chwilę wsiadamy do autobusu, i wcale się nie martwimy"
Zuzka przywiozła, oprócz postanowienia że za rok też pojedzie na biwak (już bez łez), nową sprawność związaną ściśle z tematem przewodnim biwaku, czyli "Akcją pod Arsenałem". Poznała historię Alka, Zośki i Rudego, nauczyła się robić nosze z harcerskich chust i opatrywać drobne rany. I to wszystko w wieku zaledwie 7 lat.
Dziadków i czytelników o słabszych nerwach spieszę uspokoić, że obawy okazały się całkiem bezpodstawne. Zuzka okazała się dzielną zuchenką, a Franek stanął na wysokości zadania i w trudnych chwilach pocieszał siostrę.

A co robili rodzice tak cudownych dzieci? Opiekowali się oczywiście Helką i tęsknili za starszakami.
W sobotę najpierw się lekko zmartwili pojazdem rodzinnym odmawiającym współpracy, a potem przekuli ten przypadek na wyprawę do znajomych.

W poniedziałek zahaczyli o tradycyjną paradę Św. Patryka, a potem lokalny pub, by następnie niecierpliwie czekać przyjazdu dzieci. Iwka jeszcze zaliczyła występ niejakiego Pazury Cezarego (zna ktoś?), a wymęczone dzieci zaliczyły zwałkę do łóżek.
Helka dzielnie śpi pod pomarańczowym
kocem, a rodzicom napotkany pan
robi zdjęcie
A w niedziele korzystając z samochodu unieruchomionego w warsztacie, wsiedli do autobusu i po 20 minutach wysiedli nad morzem, by spędzić tam kolejne kilka godzin pijąc kawkę, idąc plażą tak daleko jak jeszcze nigdy dotąd, zmagając się z wiatrem, nosząc Helkę, potykając się o kamienie i robiąc zdjęcia by na koniec zjeść lekki obiad, popić piwem (ja) i herbatą (Iwka) i wysmagani wiatrem wrócić przed domowy kominek.

A od wtorku codzienność wróciła na swoje tory. I tylko czekamy na więcej wiosny tej wiosny, żeby jakieś wycieczki z naszą parą harcersko - zuchową uprawiać. Bo i samochód wrócił do formy i zapału wycieczkowego w dzieciach nie możemy utracić.

"Tato! Nie chcę na barana! Natychmiast mnie zdejmij!"

Helka delektowała się darmowymi goframi roznoszonymi przez miłą kelnerkę w Moe's Cafe nad samą plażą

Okazało się, że najlepiej spaceruje się po plaży podczas odpływu, bo kiedy wody przybywa trzeba szybko się ewakuować na suchy i bardziej grząski piasek, którego kółka wózka nie polubiły

piątek, 7 marca 2014

bąbelki

Za sprawą jakiejś nieprzytomnej promocji weszliśmy w posiadanie dużej ilości baniek mydlanych, zwanych też w naszych kręgach bąbelkami, czego skutkiem jest nowa fascynacja Helki.


Z upodobaniem najpierw obserwuje spadające bańki a potem próbuje je złapać mimo nawalającej czasami koordynacji oko-ręka, co najczęściej kończy się machaniem i radością nieposkromioną. A starszaki tym większą mają radochę z puszczania baniek. I tylko szkoda, że duża ilość baniek topnieje w sposób zastraszający a promocji już nie uświadczymy, bo i sklep zamknęli.

A z poletka osiągnięć naszych dzieci: Helka samodzielnie wstaje i powoli opanowuje sztukę przestępowania z nogi na nogę w celu dotarcia do celu znajdującego się najczęściej po drugiej stronie kanapy/stolika/szafki. Cele oczywiście najczęściej są równie fascynujące co nie przeznaczone dla rąk bobasa, skutkiem czego rodzice mają oczy dookoła głowy i ręce pełne roboty. Aż strach pomyśleć co będzie, kiedy szlaki komunikacyjne Helki przestaną ograniczać się do miejsc, które dają jej podparcie.

"Będziecie za mną biegać, aż was nogi, plecy i ręce rozbolą. I potem jeszcze trochę będziecie biegać. A ja będę uciekać!" zdają się mówić filuternie te oczęta.

poniedziałek, 3 marca 2014

nowa stara

Dziś Zuzka poszła do nowej szkoły chociaż jednocześnie do starej. Jej szkoła, ta sama w której kiedyś Franek zaczynał pobierać nauki na irlandzkiej ziemi, przeniosła się do nowego budynku, a w zasadzie nie do nowego, bo do jednego chyba z najstarszych w mieście.
Niemniej ekscytacji było rano co niemiara, oczekiwania były ogromne, i jak się okazało nowa szkoła spełniła je w stu procentach. Jest duża, przestronna, jasna i zdaje się, że przez następne 18 miesięcy dzieciaki będą tam szczęśliwe. Bo za 18 miesięcy szkołę czeka kolejna przeprowadzka, tym razem do całkiem nowego budynku, który już zaczął powstawać na obrzeżach miasta. I to będzie jedyny nasz ból, bo za półtora roku będziemy musieli znów Zuzkę wozić, podczas gdy teraz porannym spacerkiem w 6 minut docieramy do szkoły, z której widać nasze osiedle i przy dobrych wiatrach możemy sobie z Zuzką przesyłać sygnały świetlne między jej klasą a pokojem Franka.

Poranne i popołudniowe godziny szczytu w okolicach nowej szkoły będziemy najczęściej obserwowali z perspektywy piechurów i tylko mam wrażenie, że czasami trzeba będzie mieć oczy dookoła głowy, żeby bezpiecznie prześlizgnąć się między samochodami.

Zuzka i Ruth chyba już się zadomowiły w szkole. Nawet mimo tablicy stojącej na podłodze i pewnie tysiąca innych szczegółów, które trzeba dotrzeć zanim nauka ruszy normalnym trybem.
A za szkolnych wieści...
Franek i jego nauczyciele zaprosili nas na wywiadówkę. W gimnazjum zwyczaj jest taki, że rodzice odwiedzają wszystkich nauczycieli dzieci i z każdym zamieniają przynajmniej klika zdań o postępach latorośli. Skutkiem tego wywiadówka trwała ponad 2 godziny, wymęczyła nas bieganiem po schodach i korytarzach (szkoła Franka jest naprawdę wielka), ale podbudowała tym co mówili nauczyciele. Więcej pozytywów niż negatywów to jest to co rodzice lubią słyszeć o swoim dorastającym synku. I to właśnie było nam dane tydzień temu.

A co nas jeszcze cieszy?
To że jesteśmy tu gdzie jesteśmy i mamy siebie nawzajem. I jeszcze do tego fajnych ludzi dookoła :)