środa, 30 kwietnia 2014

Rura

Jeszcze nie tak dawno w tej samej rurze (która tak naprawdę jest "wnętrzem" parowozu na placu zabaw) bawiła się Zuzka, dokładnie tak samo jak teraz Helka. Dziś Zuzka bawi się chętniej na "dużym" placu zabaw niekoniecznie pod okiem rodziców, czasami tylko przyjdzie powygłupiać się młodszą siostrą.
A Helka po pierwszych nieśmiałych próbach wchodzenia tu i tam w końcu się odważyła i przeszła całą "rurę" a potem zwiedziła plac zabaw wzdłuż i wszerz. W większości jeszcze na czworakach, na dwóch nogach stając na chwilę z trzymanką. Nie powiem, cieszymy się póki możemy z jej ograniczonej jeszcze mobilności, ale wiemy że już zaraz nastąpi ten przełomowy moment, kiedy podparcie przestanie być potrzebne, a my zaczniemy biegać za uciekającym na dwóch nogach brzdącem. Dobrze, że mamy dwa straszaki pościgowe na wszelki wypadek.

poniedziałek, 28 kwietnia 2014

"Nuda" na niwach zielonych

Co tu kryć, no pięknie jest.
I trudno, że nudno :)

Wyjaśnię.
Kieeedyś ktoś,  przy okazji jakiejś "aferki z pralni", no takiego plotkarskiego eventu w który moje imię się zaplątało, wyjaśnił mi, że może to dlatego, że wciąż same achy i echy na blogu, wciąż się doceniamy, dzieci chwalimy, wciąż pomimo czegokolwiek to dalej brniemy, podnosimy się. "ludzie" się nie identyfikują z takimi, bo wciąż mają problemy, wojenki, i wyścigi "kto lepszy"...
A my oblicza łzawego i wkurzonego nie pokazujemy. No nuda, panie dziejku. Nuda.

Kolejna opinia z którą się spotkałam, że nuda u nas, bo łzawe i konfliktowe blogi są ciekawsze. Problemy z rodziną, sąsiadami, psem ogrodnika, opisy dylematów, fanaberii i histerii...
No a u nas NUDA.

Nudne jesteśmy ludzie.
Miłość i spokój, harmonia, uśmiechy, zdrowie. Zielone pastwiska, stół zastawiony, a w kielichu po brzegi (Ps 23) i to na oczach naszych wrogów..
Tylko warto o tym mówić, warto o tym pisać.
Mamy na prawdę tak wiele. Mamy na prawdę wszystko czego potrzebujemy. Nie patrzymy na boki, nie liczymy innym, nie bierzemy udziału w wyimaginowanych wyścigach chorych głów. Mamy nadmiar, bo i jest się czym dzielić, i zawsze ktoś po kawałek nas zajrzy.
Codzienność nie przynosi nic z czym nie dali byśmy sobie rady.
I wiem, że nie przyniesie.
No i pomocnicy. Gdzie się nie obejrzę, tam obiecana pomoc.
Obiecana nam osiem lat temu przed ołtarzem. Sztab osób. Trójca i wszyscy święci. Toż to niezliczone rzesze i to na pomoc nam dwojgu!
Właśnie tydzień temu w Wielkanoc wspominaliśmy nasz ślub.
Nudna prawda jest taka, że prawie codziennie go wspominamy.

A od wczoraj, wiem, że znałam kogoś kto jest Świętym!
I wiecie co? To dla mnie niesamowite.
A jak niesamowite to musi być, dla kogoś kto św.JPII znał osobiście!
Niewyobrażalne!

Wdzięczna jestem z taką "nudę".
Daj Boże mi "zanudzić" się tak na śmierć.






sobota, 26 kwietnia 2014

Nie lękajcie się być świętymi. JPII

Jak informowaliśmy, część stawała okoniem. A jak konkurs zakończony, rozpacz, że nie zdążyli donieść prac. Weź tu człowieku ogarnij...
Ósemka wzięła udział w tym nasza średniaczka.
Zgadnijcie która praca jest jej?

piątek, 25 kwietnia 2014

Piąteczek

Po dniach spacerowych, to tu i tam, dziś cudownie stacjonarny dzień. I w dodatku minął szybciorem. Może dlatego, że wstałam na lunch hehe. Nie ma jak korzystanie ze snu najmłodszego berbecia. Spała, to i spałam. I wiadomo, że gdybym wstała, to ona by niewyspana była ...jakże więc mogłam na to pozwolić :)
Co do jakiegoś spektakularnego wydarzenia dnia, to poza zębostratą u Zuzki w jej jamie, to raczej większych emocji nie było.
Odnotować warto jednak w tym futraczanym blogu, że ruszyliśmy do przodu z pracami w zagrodzie. Troszkę ziemi poprzerzucałam z miejsca na miejsce, mąż zabrał się za rekonstrukcją pomidorowego domku, czyli się foliaka naszego.
Nowe pomidorowe krzaczki już wyszły ze żłobka, czeka je przedszkole jeszcze w domu, no ale za trzy czy cztery tygodnie trzeba by je do szkoły z Internatem posłać. No ok, to prostrze. Foliaka nam wywialo i trzeba konstrukcje z powrotem w PCV odziac :)
Prace ogrodowe były wespół zespół, Helka w kojcu z widokiem na większość, Franek ograbiał nas z obcietych żywopłotow, Zuzka zabawiala Helke i usmiercała ślimaki. ... Swoją droga robiła to już sezon wcześniej, ale może nie dotarło do niej wtedy, że raczej w wodzie z solą nie lubią pływać...
A, no i odwiedziło nas dziś troszkę ludzi z tak zwanego nienacka. Czemu to także warte zdania? A bo nachodzący mili i ciekawi, ale i jakoś tak i dom po świętach ogarnięty, że codzienność i nonstop przebywalność go nie zasypala górą rzeczy przemieszczonych z tzw. nienamiejsca. Bez stresu mozna bylo głębiej ludzi zaprosić :)

Wczorajsze i przedwczorajsze wypady czekają na galerie zdjęć. Opis też się znajdzie do nich, ale to w niedalekiej przyszłości. Nie wszystko na raz :) Skoro juz przyzwyczajeni jesteście Państwo do zaglądania tutaj, to nie ma co odpuszczać. Będziemy relacjonować futraczalne mijajace dni, a może i zakusy jakiś marzen dotyczących dni przyszłych się tu znajdą ..

I na deser kadr z dziś. W klimacie i temacie niedzielnych beatyfikacyjnych wydarzeń. Jak wiadomo, świętym nie potrzebne  są takie imprezy tylko tym na drodze ku niej (świętości, dodam dla pewności). Dla wsparcia chętnych, pielgrzymujacych ku Triumfującemu  Kościolowi w św.Partyku zawiśnie obraz Jana Pawła II i Jezusa Miłosiernego. Powstał z inicjatywy polskich rodzin z okolicy, a jak ma wyglądać zadecydował nasz ksiądz.

Obraz namalowany przez malarkę Annę Lesisz, ilustratorkę i portrecistkę, artystke z talentem i sercem. Polecam uwadze, Bo moze stworzyć niebanalne rzeczy, na prezenty, rocznice lub puste sciany :)


środa, 23 kwietnia 2014

Zamek na wyspie

Pierwsze lody

Z okazji słońca coraz śmielej wyglądającego zza chmur pojechaliśmy na plażę puszczać latawce i bawić się na pobliskim placu zabaw. Niestety słońcu towarzyszył wiatr, który chciał nie tylko porwać nam latawce, ale także przy okazji głowy nam pourywać. A że lubimy swoje głowy, została zarządzona ewakuacja na tzw. z góry upatrzone pozycje, którymi okazał się Jack Meade's Pub.
A tam wiało mniej, słońce świeciło jakby raźniej, więc w przypływie dobrego humoru po uratowaniu głów dzieci oraz tata zostali rozpieszczeni lodami. Pierwszymi w tym roku na świeżym powietrzu. Radość była ogromna, a w przypadku Franka wręcz błyskawiczna, bo lody tak szybko zniknęły, że nie zdążyły się na zdjęcie załapać. Musicie więc na słowo uwierzyć że też zjadł.

niedziela, 20 kwietnia 2014

Alleluja, niechaj zabrzmi, Alleluja!

A jeśli Chrystus nie zmartwychwstał, daremne jest nasze nauczanie, próżna jest także wasza wiara!

Alleluja
Jezus żyje.

Pytasz skąd ta pewność?

Spotkałam go. I spotykam.
Mieszka z nami :)

piątek, 18 kwietnia 2014

Izajasz 52,13-53,12


Oto się powiedzie mojemu Słudze, wybije się, wywyższy i wyrośnie bardzo. Jak wielu osłupiało na Jego widok - tak nieludzko został oszpecony Jego wygląd i postać Jego była niepodobna do ludzi - tak mnogie narody się zdumieją, królowie zamkną przed Nim usta, bo ujrzą coś, czego im nigdy nie opowiadano, i pojmą coś niesłychanego.

Któż uwierzy temu, cośmy usłyszeli?
na kimże się ramię Pańskie objawiło?

On wyrósł przed nami jak młode drzewo i jakby korzeń z wyschniętej ziemi. Nie miał On wdzięku ani też blasku, aby na Niego popatrzeć, ani wyglądu, by się nam podobał.

Wzgardzony i odepchnięty przez ludzi, Mąż boleści, oswojony z cierpieniem, jak ktoś, przed kim się twarze zakrywa, wzgardzony tak, iż mieliśmy Go za nic.

Lecz On się obarczył naszym cierpieniem, On dźwigał nasze boleści, a myśmy Go za skazańca uznali, chłostanego przez Boga i zdeptanego.
Lecz On był przebity za nasze grzechy, zdruzgotany za nasze winy.
Spadła Nań chłosta zbawienna dla nas, a w Jego ranach jest nasze zdrowie.

Wszyscyśmy pobłądzili jak owce, każdy z nas się obrócił ku własnej drodze, a Pan zwalił na Niego winy nas wszystkich. Dręczono Go, lecz sam się dał gnębić, nawet nie otworzył ust swoich. Jak baranek na rzeź prowadzony, jak owca niema wobec strzygących ją, tak On nie otworzył ust swoich. Po udręce i sądzie został usunięty; a kto się przejmuje Jego losem? Tak! Zgładzono Go z krainy żyjących; za grzechy mego ludu został zbity na śmierć. Grób Mu wyznaczono między bezbożnymi, i w śmierci swej był [na równi] z bogaczem, chociaż nikomu nie wyrządził krzywdy i w Jego ustach kłamstwo nie postało. Spodobało się Panu zmiażdżyć Go cierpieniem.

Jeśli On wyda swe życie na ofiarę za grzechy, ujrzy potomstwo, dni swe przedłuży, a wola Pańska spełni się przez Niego. Po udrękach swej duszy, ujrzy światło i nim się nasyci. Zacny mój Sługa usprawiedliwi wielu, ich nieprawości On sam dźwigać będzie. Dlatego w nagrodę przydzielę Mu tłumy, i posiądzie możnych jako zdobycz, za to, że Siebie na śmierć ofiarował i policzony został pomiędzy przestępców.

A On poniósł grzechy wielu, i oręduje za przestępcami.
- - -

Dziś braliśmy udział w Drodze Krzyżowej. Miała swój początek w ogrodach franciszkanów, przystanek w protestanckiej katedrze Christ Church i zakończenie w katedrze Trójcy Świętej. 

Tłum. Na prawdę tłum wypełnił obie katedry.
Tłum świadomych po co przyszło i co robi, i dla Kogo.
Cały czas podczas drogi przez miasto, w tym przez centrum handlowe śpiewaliśmy "Jezu, wspomnij na mnie, gdy przyjdziesz do swego Królestwa".
Skupienie i powaga.

Na żywo nikt nie rzucił w nas kamieniem, nie napluł na nas.
W internecie obelgi, kpina, drwina, złośliwości.

Więcej byłoby chętnych na pochód żółtych kurczaczków, i długouchych zajączków. To takie super słitaśne i pop i pro-systemowe, poprawne politycznie i nie zmusza do refleksji.

Czemu niewinny Człowiek przyjął krzyż?

Dusza ludzka nie znosi pustki, dlatego też liturgia poszukiwania czekoladowych jajek występuje coraz częściej. Cóż. Na zdrowie??

- - -





czwartek, 17 kwietnia 2014

...widok w tobie dziwny.

Przy Piesniach Postnych upływa nam Wielki Czwartek.
Mamy zajęcia solowe i w podgrupach. Na zewnątrz słońce, na zewnątrz, całkiem całkiem przyjemnie.
O! i na zupełnie zewnątrz też przebywa nasz synek. Ogarnął co miał ogarnąć i ... wybył ze swoją paczką nad morze. Sam. Bez mamusi i tatusia... Taki to duży i samodzielny :)
Kilka obrazków sprzed chwili, może kogoś zainspirują nasze prace.

Baranki i dwa króliczki chałkowe.

Mazurki, kokosankowe żółte kurczaczki, i beziki.
Białek było bowiem pod dostatkiem. Zutylizowałam :)
Powyżej, jedna z dwóch glutenowych rzeczy jaka będzie na naszym stole wielkanocnym. Reszta, oczywiście bezglutenowa, jak wszystko od dziesięciu miesięcy. Ale upiec bezglutenowy koszyczek wielkanocny? Nie ryzykowałam. 
A barszcz biały? Owszem, bezglutenowa mąka róż/tapioka/kukurydza zakwasiły by się, ale ... no właśnie . Bez przesady. Barszcz biały będzie w wersji klasycznej jajo+chrzan. Przyznam, że nawet kiełbasa do święconki doleciała wczoraj z super paczką od moich rodziców. Super kiełbasa z super paczki od super rodziców :) 
Na świąteczny obiad obiecałam rodzinie też jakiś kawałek mięsa.
Rodzina nie wierzy dopóki nie zobaczy... Ostatnie mięso nasz stół widział na obiedzie po-Komunijnym Zuzki, czyli właśnie rok temu. Wymyśliła sama menu, a uwzględniało kotlety mielone (miesne). Chciała to miała :)
Takie tradycyjne koszyki wyplatam przed Wielkanocą :)
- - -
To co my jemy?
Jak ktoś jest ciekawy, polecam cykl małych artykułów w e-wydaniach MIRa.
Kilknijcie na wydanie listopadowe strona 18. Dowiecie się więcej o kuchni Futraków, co miesiąc uchylam rąbek coraz bardziej.
Można dowiedzieć, się z tych wydań także co ma w głowie mój mąż. 
Obecny,  kwietniowy jego artykuł, serdecznie polecam, jak i wstępniaka. Mnie złapał za serce :)

wtorek, 15 kwietnia 2014

Wielki i słoneczny Wtorek

Dzieci rozpoczęły ferie Wielkanocne. To taki super stan, jakby codziennie była sobota. Kto nas podczytuje, to wie, że wolnych sobót to u nas jak na lekarstwo. Piątki wieczorne, nie są przewidziane także do jakiegoś zbytniego balowania czy ekstrawagancji wyskokowych. W soboty bowiem, czasem i cała piątka, a już na pewno ja i starszaki stawiamy się w szkole polskiej. Krzysiek czasem, gdy ma zebrania lub jakieś biurokratyczne sprawki w związku ze stowarzyszeniem, lub nawet ... federacją. Ostatnie soboty, najmłodsza i jej tatuś zostawali jednak w domu i prali, gotowali, rozrabiali. Sobota popołudniowa to także termin spotkań grupy teatralnej Franka, w pamięci więc zawsze kurs samochodem w te i we w te.
A dziś, wczoraj i jeszcze kilka dni i po Świętach następny tydzień będziemy mieli soboty soboty soboty soboty... :)
Dziś na przykład popełniliśmy spacerek do biblioteki, do księgarni. Wiosna przyszła i aż siedzieć w domu się nie chce. Liczymy, że pogoda się utrzyma i rozpoczniemy wypady poza miasto.

poniedziałek, 14 kwietnia 2014

Pudło



Zapowiadałam tydzień temu. Czas szybko minął i wczoraj właśnie zasiedliśmy oczekując "podniesienia kurtyny". 

- - - 

W świecie M, w którym wszystko rozpoczyna się na literę M, pojawia się niespodziewanie PUDŁO. Skąd ono się wzięło? Dlaczego ono tutaj jest? Pudło przecież jest na P.

Mieszkańcy M próbują odgadnąć pochodzenie tego pudło-dziwo-bytu. Może to skarb ze statku piratów, jakaś antena nawigacyjna, paczka od listonosza, kosmiczny statek lub po prostu to coś wypadło z samolotu?

Odpowiedź zaskakuje wszystkich na literę M. Okazuje się, że w pudle przebywa coś od lat. Mieszkańcy M postanawiają wydostać, a raczej wycisnąć dziwnych przybyszów z PUDŁA jak cytrynę.

Czy im się to uda? Dlaczego chcą to zrobić? Czy to co jest na P ma prawo żyć na planecie M? Czy inny oznacza gorszy? Dlaczego odmienność tak nas ciekawi i intryguje?

                                                - - -

Nie zaglądaliśmy w scenariusz, nie wypytywaliśmy przedtem. No, dlaczego? Dlatego żeby mieć niespodziankę i dobrą zabawę. I mieliśmy. W sumie opis który przeczytałam w materiałach promocyjnych, jak dla mnie zakrawa na spojler, i trochę się uprzedziłam. Ale co tam! Zobaczyć grupę młodzieżową w akcji teatralnej - zawsze bezcenne :) Ubawiliśmy się dobrze, choć koleżanka obok dziwiła się, że publiczność w takiej ciszy siedziała, spoko były śmieszne teksty i akcje. Nie wiem, miałam trochę stres, że i tak, nasza obecność plus maluszki i małe dzieci, mocno rozpraszają aktorów, że się zatną i nie ruszą z miejsca. Dali radę! Napiszę i od męża, że bawiliśmy się super.

Przed teatrem małe turnee po wyspie. Jak ktoś z okolic, szukajcie informacji, a jak ktoś spoza szmaragdowej wyspy - sprawdzajcie loty :) My polecamy i zapraszamy!


A tu kilka pań z widowni.
Jedna ma fajne kierpce i własnoręcznie uszytą tunikę w stylu "wieś śpiewa i tańczy". Cudo, w sensie wzoru i koloru. Skopana i "pożalsięboże" w sensie zszycia tych czterech kawałków razem. To uwaga obiektywna. A subiektywna? Super tunika, będę nosić! A co!

niedziela, 13 kwietnia 2014

Palmowo

Dziś były zajęcia częściowo w podgrupach. Pierworodny ruszył ku przygodzie w górach ze swoim zastępem (wymaga chyba dodatkowego wpisu), a nas swoje kochane dziewczynki tatomąż zapakował ku plaży Woodstown. Plaża cicha i spokojna, bo jest brzegiem naszej rzeki w tym miejscu szerokiej sporo, bo zbliżającej się do ujścia. Plaża ma wiele nazw od "muszelkowej" bo zawsze pokłady białych muszli zalegają na niej, a nawet spotkałam się z nazwą "polska plaża" bo... ma wydmę :) Wszystko to prawda, ma muszelki, ma wydmę. I nie ma na niej dużo fal. Dlatego Zuzka ją lubi, bardziej niż hałaśliwe inne. Ma jeszcze jeden plus, że ma fajny pub Saratoga. Odwiedziliśmy go po spacerze.
Helenka dziś sprawdzała fakturę plaży, kamyków i muszelek. Potem miała wypas na przystrzyżonym pięknie upstrzonym stokroteczkami trawniku. I cóż, nie ukrywam, że pogoda w tą Palmową Niedzielę się rozpoczęła!


Po plaży były odwiedziny u świeckiej rodziny. Lecz jak wiadomo czas jak przyjemnie upływa, to jakoś tak szyciej...
Wróciliśmy oczekiwać na powrót Franka. Po 15 kilometrowym spacerze w towarzystwie swoich harcerskich kompanów i kompanek przybył z twarzą ogorzałą od słoneczka i z zapałem na następne wyprawy.
Niedziela minęła. 

sobota, 12 kwietnia 2014

Obrazy zamiast słów...

Zaczęło się od zastępstw już jakiś długi iczas temu. I raptem tuż przed wrześniem zwolniło się miejsce, a zaden specjalista teolog znaleźć się nie chciał, tudzież pracować w swym "zawodzie" nie pragnął. Zgłosiłam się by planu nie rujnować. I zostałam. Rodzice przystali na katechezę z filozofem i zaczęły się moje sobotnie wyprawy w cztery cudowne dziecięce krainy. Cztery, bo w każdej klasie jest inaczej.


Przygotowuję dzieci klas drugich do Spotkania z Jezusem w Komunii, i mam zajęcia z klasami pierwszymi. Rok przygotowania własnej córki do Komunii, procentuje i ogromnie pomaga, choć w sumie to pomoc cierpliwego dla mnie i nieustannie obdarzającego Ducha Świętego. 


Religia jest nieobowiązkowa, lecz ... są na nią chętni. 


Nie ukrywam, że co tydzień spotykają mnie dowody sympatii od dzieci, i od ich rodziców. Dostaję laurki, cukierki, kwiatuszki, uściski a przede wszystkim duŻo przejawów, że dobrze dzieciom w klasie, lubią przychodzić, ba! i nie chcą wychodzić na inne lekcje... A na przerwach wracają spowrotem...


Ktoś może zapytać, po co dodatkowo religia, jeśli dzieci mają i tak w irlandzkiej szkole. Po pierwsze to kwestie jezykowe. To kim się czujesz, wyznacza w jakim jezyku myślisz i w jakim się modlisz (jeżeli wogóle z Nim gadasz). Po drugie, ktokolwiek bierze poważnie to kim jest i w Kogo wierzy, dostrzega miałkość i odwalanie po łepkach religię w "katolickich" szkołach. Rarytasami są katecheci ateiści, acz nagminnie trafiają się niestety herezje. Nie mam doświadczenia osobistego, bo córka chodzi do szkoły a-religijnej (tudzież wielo-religijnej, innymi słowy ze wszechmiar poprawnej politycznie i etycznie). To co wiem, wiem od rodziców.


Religia więc, ta chwila ze mną, tak na prawdę jest wsparciem dla rodziców moich dzieci. Rodzice sami sugerują i proszą, kogo z czym "przycisnąć", komu na co zwrócic uwagę.

 Powyżej, lekcja historii najaktualniejszej. Dzieci przeżywają mocno konflikty polityczne, czasem coś usłyszą wtrwanego z kontekstu. Wbrew pozorom mają duzo pomysłów na rozwiązania problemów, tylko kto posłucha dzieci? Ich świeże, proste spostrzeganie realności jest czymś co już w niewielkim stopniu występuje u dorosłych. Nic dziwnego, że wskazówka "bądźcie jak dzieci" znajduje się wśród wskazówek Ewangelii. I nikt nigdzie więcej na jej kartach nie jest podany za przykład, tylko dzieci.
Powyżej jedna z piosenek mojego ucznia. Ja najczęściej robię z tego reggae i śpiewamy sobie przy akompaniamencie gitary.

 Ciesza mnie moje soboty. Korzystam bowiem oczywiście i ja. Wyzwanie to nie lada i muszę miec oczy dookoła głowy. Poczucie odpowiedzialności za ukształtowanie dusz tych młodych osóbek, mam ogromne. Nigdy tez nie zostawiam pytań bez odpowiedzi. A tematy i pytania są istotne, ważne dla dzieci. Być może też nie bardzo chcą pytać rodzicow, lub sprawdzają czy to co mama i tata mówią, to pani Iwa potwierdzi. Gorzej, jak mam zaprzeczyc nie podkopując autorytetow a być w zgodzie z Ewangelią czy Katechizmem. Na szcZęście to rzadkość, bo dzieci są z rodzin świadomych tożsamości i przynależności do Kościoła.


Staram się być zawsze wyspana i  przygotowana i  z tematów bieżacych, jak wtrącać biblijne historie i anegdotki, które mogą naprowadzic dzieciaki na rozwiązania ich problemów i kłopotów. A gadać o panabożych sprawach, na szczęście uwielbiam, i znam co nie co tych biblijnych bohaterów. Odgrywane przeze mnie dialogi zawsze dzieci rozbawiaja, i chyba dobrze je zapamietują. 

 Fakt, zmiekczam te historie je odpowiednio do ich dojrzałości, i oczywiście ubarwiam minami, czasem wymysle piosenkę, a czasem rysuje komiks na tablicy. A czasem uczniowie coś narysuja, jak widać w tym poście.

Wdzięczna jestem ogromnie, za zaufanie i możliwość bycia tam z dziećmi. Rekompensuje to każdy minus dodatni jaki wiąże się z przyjęciem przeze mnie tej misji, rzecz jasna zwiazany z tym że "ludzie gadają". Tak się składa, że nie ludziom chce się podobać... Niech sobie gadają. 
Alleluja i do przodu.

Na koniec dodam, że w rodzinie męża jest nas już trzy katechetki. I je właśnie gorąco pozdrawiam :)

"Dialogi na cztery nogi"

czwartek, 10 kwietnia 2014

"Miłego czwartku" życzył Puchatek i...

...czwartek był bardzo miły. Nawet pomimo borowania w zębie. Wszak podwójne znieczulenie dało radę, aż znieczulilo mi pół nosa :)
Dziś rano odwiedziliśmy Zuzki szkołę. Wyszliśmy wszyscy z domu, Franek na prawo, a my lewoskrętnie ku szkole średniaczki.

Odwiedziliśmy klasę i podziwialiśmy zeszyty z historiami dzieci, malowidła i dzieła sztuki, a potem już w mini podgrupach dzieci czytały rodzicom.  Próbowała Zuzka czytać i Helence, ale ta zainteresowana była zupełnie czymś innym.


Późniejsze przedstawienie także najmłodszej nie ciekawiło. Za to Zuzka wpatrzona była w swojego nowego lubego w jednej z ról. Wzdychań co niemiara mamy teraz i opowieści zakochanej dziewczynki typu "eh, jutro ostatni raz go zobaczę, bo potem ferie" . I pomyśleć, że zakochała się ... wczoraj :)
 


Potem do-poludnie mineło towarzysko, a i popołudnie także,  zjedliśmy obiad z miłym gościem. Szybko jakoś zapadł zmierzch i ja też jakoś tak zapadlam się w pielesze.





Franek cieszy się na ostatni dzień szkoły. I ja też, bo więcej będę miała z nim dialogu i spotkań. Czasem bowiem, widzę go tylko na obiedzie i potem przed snem. Lekcje, nauka i społecznościowe portale są niezwykle czasochłonne...



A jutro piątek, który zaczniemy od pojechania na ryby.
No może raczej "po" ryby. 

Wśród komentarzy, pojawił się głos czytelniczki, która chyba myśli że ja umiem szyć :) Oj, nie umiem nie umiem, ale bardzo... bym chciała :) Kurs szycia to dwie godziny w tygodniu, a czasem i to się odwoła lub ja nie dotrę. Mniemam, że praktyka czyni mistrza i im więcej będę działać przy maszynie tym mniej napsuje. Na razie przerabiam, naprawiam, łatam to co mamy, żeby się nauczyć. Sporo czytam gazet, książek i blogów o szyciu. Teoriami się karmie, a potem rozmarzam się w myślach i podziwiam swe wymyślone dzieła...  A ostatni ciuch folkowy, ten co ma się zaprzyjaźnić z kierpcami skroilam wg swojego rozmiaru sprzed Popielca. Okazało się po sfastrygowaniu i przymiarce, że jest dwa numery ... za duży.
:) Także, nic to, przerobie w tzw "wolnej chwili", a straconych rozmiarów mi wcale nie żal.

środa, 9 kwietnia 2014

Wentyl bezpieczeństwa...

...w postaci mojego wyjścia z domu i robienia czegoś zupełnie innego niż w codzienności został dziś odwołany. Nie ukrywam, że złapałam lekkiego nerwa, wszakze wentyl to wentyl, no i może nie chodzi tu jedynie o moje bezpieczeństwo.  Dwie godziny w innym klimacie, wśród Lejdis i z realizacją własnego projektu to nie lada rarytas dla managera domu, ogarniacza dzieci i powierzchni plaskich, PR owca rodzinnego i dietetyka i  kucharza, ogrodnika hobbisty, cukiernika amatora i pełniącej funkcje katechety. Na szczęście kwestie garderoby rozwiązuje tzw Szop Prac z, a wiec cudowne ręce mojej Cierpliwszej połowy. 
Niestety mój kurs się dziś odwołał, i żeby nie rozniesc się oraz poza-się, podzialalam sobie w pracowni, choć częściowo zajelam i stół w jadalni.

Wszakże kierpce domagają się dopełnienia i jakiegoś folkowego akcentu. Co mi wyjdzie, wyszło, się stworzyło dla cierpliwych już niebawem..
Okoliczności wyżywania się twórczego w domu są mocno utrudnione...

Czekam te na  "poświętach" i jakieś wyjście z domu. Nocne.
Mężu, domagam sie!
Stanowczo.

Sławy i bohaterowie.

Za tydzień po raz kolejny zobaczymy naszego syna w roli. W jakiej nie wiemy :)
A przedstawienie w poniedziałek, zapraszamy! My już nie możemy się doczekać!

- - -
A teraz czas na bohaterów. Moja siostra nakręciła film. Fanfary!!!!!!
To, że wielotalentowa była od maleńkości, to wiadome, talenty artystyczne wykazywała i improwizacyjne, przez co unikała nudnych obowiązków domowych i ogrodowych. Zgadnijcie na rzecz kogo ich unikała :P
Lecz nie dzieciństwo tu będzie brane pod uwagę, wszagże.
Zrobiła kawał dobrej roboty, wyciągając na jaw sprawki niecnot z Urządów Bezpieczństwa w powojennej Polsce. Bohaterką tytułową jest nasza babcia Leokadia. Jako narzeczona partyzanta, trafiła do więzienia. Takie czasy, wszędzie wyłapywano karłów reakcji, wspólników bandytów z lasu, ludzi wyklętych. W filmie przeplata się teraźniejszość w wypowiedziach prawnuków, relacje historyków z IPN, relacje babci i rodziny patryzanta "Mściciela".
Niniejszym zapraszam na relację z premiery: TUTAJ KLIK
- - -
I zapraszam do obejrzenia filmu : PANNA LODZIA (klik)
Dumna jestem ogromnie z moich niezłomnych, wyklętych, "ciemnogrodzkich" przodków! Cześć i Chwała Bohaterom!

wtorek, 8 kwietnia 2014

poniedziałek, 7 kwietnia 2014

Taka tam po-niedzielnica.

Wypogodziło się. Od półtora dnia, a może i półtorej doby (hehe) świeci słońce za dnia i nie wieje tak strasznie. Takie 14-15 stopni. W sam raz na
poniedziałkowe zaopatrzenie.

Objechaliśmy z mężem i Helenką tradycyjnie sklepy, coby przez cały tydzień mieć święty spokój. W zakupy w poniedziałki mają także taką zaletę, że nie ma tłumów w przybytkach zaopatrzeniowych. Teraz siedzę wśród zapachów, piecze się szarlotka na jutro (co wtorek mamy gościa na obiedzie, i łamiemy wielkopostne śródtygodnowe zobowiązanie bez-deserowe) i biszkopt na urodzinowy tort. Ale to nie urodziny nikogo z nas. Tort zamówiony przez zakochanego męża na urodziny żony, stali klienci, taki sam wybierają swój ulubiony smak od lat :)
- - -
Wczoraj wstając nie wierzyliśmy, że się wypogodzi i plany nasze bądą realizowane. Desz padał poziomo, wiało, że aż szklarenkę nam przewróciło. A dwie godziny potem, po mszy i Gorzkich Żalach pogoda była jak przysłowiowy drut i ruszyliśmy pospacerować po bazarku.

Bazarek oddalony ale duży z częścią poddaszną jakby padało i nawierzchnią do pozwiedzania, i zawsze można coś ciekawego tam wykukać. W cenie powalającej, czyli za czasem skarb a grosz się trafi.
Tym razem wróciliśmy z nowym/starym fotelikiem dla Helki, syreną plasticzaną dla Zuzki, i bagażnikiem pełnym owoców/warzyw i ...

No właśnie. Tego nigdy bym się nie spodziewała.
Na irlandzkim bazarku pod Kilkenny mąż kupił mi zakopiańskie* ... kierpce :)

Rada jestem niezmiernie, bo marzyłam o kupieniu ich sobie osobiście w polskich górach, lub nawet przez brata, który jakimiś ostatnimi czasy weekendował wśród górali. Taka przygoda niesamowita generalnie. A kierpce i super miękkie domowe pantofle z cielencej skórki i prawdziwe bambosze z futrem, do kupienia od polskiego małżeństwa na car-boot-sale pod Kilkenny. Polecam! No może, nie dla wszystkich, ale przy moim zafiksowaniu na folklor i cepelię, uważam, że są idealne!

Po wrzuceniu zakupów do domu, wymieniliśmy je na garnki ze strawą dzień wcześniej upichconą, i wybyliśmy w kierunku ... zapachu frytek. Popołudniowo-wieczorne kanapowanie było wyborne. O tym także powinnam szerzej, tym bardziej, że jesienią adoptował mnie jako świecko-laicką ciocię pewien młodzian, co w konsekwencji i zgodzie obopólnej zaowocowało adoptowaniem się wzajemnym rodzin naszych całych. Świecko-laickich oczywiście :)

Na zakończenie kilka kadrów z wczoraj.


* nie wiem czy to zakopiańskie, nie było numeracji na mnie tych z pierogowym czubkiem. Mam takie owalne.
Mistrze drugiego planu na załączniku, i widać, że ani Helce, ani Mężowi chodzący mikser nie wadzi w drzemce.

A tu taki bujaczek. Ni pies ni wydra :)