niedziela, 4 grudnia 2016

Puk! Puk!

Kto tam?
To ja, drugi rok Dosi.

Tak, tak, panna Dorota skończyła dwa lata. Zleciało, nie?
Z tej okazji było rodzinne śniadanie, tort, świeczki, prezenty i zadziwiona, ale uśmiechnięta jubilatka.
Niby taka mała, a już taka duża. Aż czasami mnie zaskakuje, jak duże te nasze dzieci już są.
Jednym z prezentów był nowy domek dla lalek, który wczoraj i dziś jest rozkładany i przedstawiany na sto różnych sposobów.
Domek z właścicielką na zdjęciach poniżej.

A przy okazji... Dziś mamy jeszcze jedną rocznicę. Mija dokładnie 10 lat od wprowadzenia się do domu, w którym nadal mieszkamy i który dla nas i dla naszych dzieci jest domem rodzinnym. I wszystko wskazuje na to, że za rok będziemy świętować jedenasty rok pod tym adresem. Oby.

niedziela, 30 października 2016

Yak!

Podobno dzieci dwujęzyczne szybciej się uczą i ogólnie mają sprawniejsze głowy. Podobno.
Patrząc na Zuzkę jestem w stanie w tę teorię uwierzyć, chociaż porównanie z jednojęzycznymi dziewięciolatkami mam znikome.
Jednak ja w sumie nie o tym miałem...
Okazuje się że nasza niespełna dwuletnia Dosia już przejawia mocne symptomy dwujęzyczności, głównie za sprawą swojej starszej siostry, po której powtarza co łatwiejsze słowa. A jednocześnie tworzy swoje własne, często na bazie jednego lub drugiego języka.
Ale jest też jedno, należące do moich ulubionych, które powstało z połączenia polskiego i angielskiego. To właśnie ono króluje dziś w tytule.
"Yak!" to nic innego jak połączenie "yes" i "tak". Na przykład pytasz Dosię "Chcesz pić?" i możesz być pewny, że w odpowiedzi usłyszysz "Yak!". Zapytasz: "Idziemy na plac zabaw?" a ona z pewnością krzyknie: "Yak!" i pobiegnie zakładać buty.
I można by powiedzieć, że Dosia ogólnie jest na "yak". Oprócz tych chwil kiedy trzeba iść spać. Bo wtedy jest zdecydowanie na "ne". Chyba, że akurat padnie, zaśnie i nie ma za wiele do gadania, tak jak pół godziny temu wracając z rodzicami z tradycyjnej niedzielnej kawy.
A wtedy wygląda tak jak poniżej.

niedziela, 16 października 2016

Poranna porcja słodyczy

Nie zdarza się tak codzień, ale są takie dni, że maluchy wstają razem i w dobrych humorach. I nawet fakt, że wstają o 6:15 rano już tak bardzo nie przeszkadza, kiedy spojrzy się na ich uśmiechnięte mordeczki. A jeszcze jak zjedzą śniadanie i humory staną się lepsze, można normalnie je łyżkami jeść.
Prawda?

czwartek, 13 października 2016

Znajdź Helkę

Jest taki plac zabaw dla dzieci naszych, na którym przeważnie wiatr urywa nam głowy i porywami swoimi wypędza nas do domu lub do pobliskiej kawiarni.
Jednak niedawno wiatru nie było. Wielce zdziwiony tym faktem aż zrobiłem kilka zdjęć. Na jednym z nich można nawet znaleźć Helkę.
Za znalezienie nagród nie przewiduję :)

czwartek, 29 września 2016

Naleśnik

Człowiek podobno uczy się całe życie. W sumie dziwne byłoby, gdyby się nie uczył biorąc pod uwagę ogrom wiedzy do jakiej przeciętny zjadacz chleba (lub innych potraw) ma dostęp w ciągu życia.
Na potwierdzenie tej tezy ja dziś też czegoś się nauczyłem. Mianowicie nowego tekstu po angielsku.
Kolega oddając dziś w pracy wózek stwierdził, że "battery is flat as a pancake". I o ile "flat battery", czyli po naszemu "rozładowany akumulator" znałem, o tyle porównanie do naleśnika było dla mnie zupełną nowością.
Nie byłbym sobą gdybym od razu nie zaczął wymyślać jakiegoś równie malowniczego polskiego porównania i na szybko wpadło mi coś takiego "akumulator pusty jak beczka", ale to chyba nie to. O ile jedną z cech naleśnika jest "płaskość" o tyle beczka może być równie pełna jak i pusta.
A może wy coś wymyślicie?
Oczywiście oprócz pustego pustaka :)

niedziela, 18 września 2016

Dożynanie pierogami

Pogoda dziś nie rozpieszcza, więc wróćmy wspomnieniami do ubiegłego weekendu, kiedy to Waterford zapełniło się namiotami i innymi przybytkami pomagającymi zapełnić brzuchy smakołykami. Czyli mówiąc po ludzku, w mieście odbył się Harvest Festival, na którym jedną z atrakcji były pierogi własnoręcznie lepione i podawane przez żonę moją szanowną. A że ani żona ani tym bardziej pierogi sroce spod ogona nie wypadły, stoisko Taste of Poland cieszyło się zasłużonym powodzeniem nie tylko wśród polskojęzycznego tłumu, ale głównie wśród Irlandczyków znających już (i lubiacych) polskie przysmaki.
Iwka, i jej pomocnicy, dwoili się i troili, żeby każdemu zaserwować pierogi najwyższej klasy, a ja tymczasem przechadzałem się z dziećmi, witałem polski zespół ludowy z Ennis, próbowałem przysmaków tu i tam, donosiłem cebulę do pierogarni i ogólnie miałem trochę relaksu. A w wolnej chwili jakieś jeszcze zdjęcia zrobiłem.
Skutki ich robienia możecie podziwiać poniżej. Ewentualnie możecie nie podziwiać, tylko zwyczajnie obejrzeć.

piątek, 16 września 2016

Czapulek

Coś nam znów zarasta blog chwastami I bluszczem. Pora na małe pielenie. Dziś wykona ja panna Dosia ubrana w specjalistyczny strój ochronny w postaci tzw. czapulka. Czapulek jest plastikowy i idealnie pasuje do Dosi głowy (rym zamierzony). Zwykle pełni rolę miski, ale wobec tak poważnego zadania jak odchwaszczanie bloga stał się właśnie czapulkiem. Oto i on.

wtorek, 23 sierpnia 2016

Rączki trzy

Dobrze, że nie ma trzech rąk, bo pewnie też by zajął komórką :)

No bo jedna do dzwonienia, druga do kontaktów wirtualnych... dla trzeciej też pewnie znalazłby zastosowanie.

Placyk

Zapakowaliśmy nasze pociechy, dołożyliśmy kolegę Zuzki i pełnym samochodem (pełnym ludzi i śmiechu) pojechaliśmy na jeden z ulubionych placów zabaw, ten w Passage East.
Chciałem zrobić dzieciakom parę zdjęć, ale rozbawione umykały zbyt szybko. Dopiero chwila popasu w postaci ciastek zatrzymała cała czwórkę na dłużej niż 5 sekund.
Potem było już tylko szaleństwo, najpierw na placu zabaw, a potem jeszcze nad rzeką, która została obrzucona kamieniami w ilości nieprzyzwoitej. Chcąc uniknąć całkowitego zablokowania rzeki (bądź co bądź, ważnego szlaku żeglugowego) stosem kamieni czym prędzej zgarnęliśmy naszą gromadę i zapakowaliśmy do samochodu, by po powrocie do domu być świadkami tego jak świeże powietrze dobrze działa na tempo zasypiania.
Polecamy.

PS. Gdyby ktoś był ciekaw, dlaczego Franek nie zajada na zdjęciu ciastek, spieszę z wyjaśnieniem - po pierwsze, unika cukru i słodyczy, po drugie, właśnie łapał Pokemony.

piątek, 19 sierpnia 2016

Rozmowa nad obrazkiem

Helka: Tata, see. (pl. Tato, zobacz)
Ja: Oooo! A kto to?
Helka: Tata!
Ja: Jaki ładny....
Iwka (wchodząc do salonu): Ooo... To mama?
Helka: Nieeeee.... Tata!
Ja: No przecież mówiła, że tata. A gdzie ma brodę?
Helka (patrząc na obrazek): Broda?
Ja: Gdzie taty broda?
Helka: OK.

I w ten sposób powstał ten oto obrazek, a postać na obrazku (tata, oczywiście) zyskała długą czarną brodę.

Dziękuję za uwagę.

wtorek, 16 sierpnia 2016

Odrobina Hollywood

Gdzieś w dalekim, wielkim świecie na firmamencie sławy świecą słynne gwiazdy. A tymczasem my w naszym małym futraczym światku mamy swoje własne gwiazdy.
Poniżej jedna z nich: panna Dorota.

piątek, 12 sierpnia 2016

Birr

Byliśmy na krótkich wakacjach w Birr. Całą rodziną. I przeżyliśmy.
Franek wrócił z Polski, a jak odpoczął zabraliśmy małe conieco i ruszyliśmy na wyprawę, po drodze (w sumie niekoniecznie po drodze, ale mniejsza z tym) odebraliśmy paszporty w konsulacie, i popołudniem zameldowaliśmy się w Birr.
I odpoczywaliśmy, zwiedziliśmy, trochę się byczyliśmy, pływaliśmy w basenie, piliśmy kawę, herbatę a wieczorem coś mocniejszego. Poza tym cieszyliśmy się z tego, że dzieciom się podoba, bawiliśmy się razem w mniejszych i większych grupach. Było pięknie.

Zdjęć więcej obiecuję, jak wrócę z ważnej wyprawy.

wtorek, 26 lipca 2016

Konsekwencje

Kto by się spodziewał, można by rzec niemal na każdym kroku, bo przecież różne zdarzenia mają różne konsekwencje, najczęściej takie najmniej spodziewane.
Na przykład, kto by się spodziewał, że zgubiona (a w sumie nie) karta zwiększa poziom czytelnictwa.
Ale po kolei.

Jakiś czas temu moja żona szanowna zgubiła naszą kartę bankową. Z pewnych powodów fakt ten odkryliśmy jakoś w środku nocy, więc obudziliśmy przemiłą panią z telefonicznego centrum obsługi klienta i zablokowaliśmy kartę, aby żaden znalazca nie mógł jej użyć. Niestety wiązało się to z oczekiwaniem na nową kartę, a potem ze zmianami w różnych serwisach gdzie stara karta była "podczepiona". Zmiany trwały trochę czasu, bo przecież człowiek w tym wieku nie jest w stanie zapamiętać wszystkich tych miejsc gdzie karty używa.

O kilku pewnie zapomniałem. I okazało się, że wyszło na dobre.

Po niecałym miesiącu przypomniał o sobie sklep internetowy, w którym dawno temu wykupiłem prenumeratę swojego ulubionego tygodnika (tytuł pominę, bo tygodnik z tych politycznych, więc jeszcze połowa czytelników by się obraziła). Sklep przypomniał, że warto by zapłacić za kolejny miesiąc prenumeraty, szczególnie jeśli chciałbym nadal tygodnik sobie czytać.

Wahanie trwało zaledwie trzy i pół sekundy. Numeru nowej karty nie podałem, tygodnik przestał przychodzić na Kindla, ja przestałem czytać o polityce w Polsce, a zacząłem czytać książki.

Nie to żebym wcześniej nie czytał. Oczywiście, że czytałem, ale wyraźnie mniej. A tu nagle okazało się, że znalazłem czas żeby i "Dziennik" Tyrmanda i jeszcze jakieś cztadło fantasy przeczytać. I to w jednym miesiącu.

Właśnie skończyłem dziesiątą w tym roku książkę. I wiem, że to żadne osiągnięcie, ale do tej pory więcej niż 12 rocznie nie udało się połknąć. A przecież do końca roku jeszcze ponad 4 miesiące.

Wypada mi podziękować żonie za zagubienie karty. I mimo wszystko jednocześnie poprosić, żeby więcej tego nie robiła.

niedziela, 24 lipca 2016

Nogi bolą

Nogi bolą. Wszystkich.
Konkretnie to bolały wczoraj, ale zabrakło mi też sił w palcach, żeby o tym napisać.
Z koleżanką Małgorzatą, która nawiedziła nasze skromne progi, nawiedziliśmy Kilkenny. Najpierw pobliski bazar, a potem samo miasto. Było trochę łażenia po parku, trochę biegania za dziećmi po placu zabaw, trochę oglądania miasta, jakiś lunch w baaaardzo fajnym pubie i dużo zdjęć. Moje ulubione poniżej. Reszta w linku.
Do zobaczenia. 

środa, 20 lipca 2016

Zielono mi

Znaczy nie bezpośrednio mi, tylko Dośce, która uwielbia na boska spacerować po trawie. A że trawy na Zielonej Wyspie sporo, więc ma równie spore pole do popisu. Poniżej przykład bosego biegania po trawie, akurat z ostatniego weekendu, z festynu w Mount Congreve. Generalnie tak się jej spodobało, że nie chciała tego kawałka trawy zostawić i kręciła się po nim w kółka uciekając tacie we wszystkie strony. W końcu trzeba było ją ręcznie ewakuować i przenieść w inne miejsce, które okazało się równie dobre do deptania bosymi stopkami.

A tak na marginesie, od dziś mamy w domu przedszkole, bo w odwiedziny wpadły koleżanki (plus kolega) Zuzki i zostają do jutra. Będzie wesoło :)

niedziela, 17 lipca 2016

Taaaaaaki dzień!

Będzie na szybko, ale muszę się pochwalić. Byliśmy na festynie w Mount Congreve, takim ogromnym parku nieopodal Waterford. I to byliśmy cały dzień.
Skakaliśmy na dmuchanych zamkach (i innych budynkach użyteczności publicznej).
Szukaliśmy ukrytych "skarbów".
Leżeliśmy wyczerpani na trawie.
Ganialiśmy dzieci po różnych zakamarkach.
Rzucaliśmy piłkami.
Piliśmy kawę, bo inaczej nie dalibyśmy rady. Dzieci piły wodę i inne bezpieczne napoje.
Były jedzone lody i inne przekąski piknikowe.
I mógłbym tak jeszcze długo wymieniać, ale sił brakuje, bo na koniec zaganialiśmy jeszcze stado dzieci w kierunku samochodów, żeby je opłukać i położyć spać, bo wymęczone niemiłosiernie.

Było wspaniale. Po prostu.

Relacja jakaś zdjeciowa pewnie jutro, bo dziś mam ochotę jedynie usiąść, albo się położyć z czymś zimnym w szklance i delektować się wieczorem.

Dziękuję za uwagę.

wtorek, 24 maja 2016

Lulu!

Są takie słowa wymyślone przez nasze dzieci, które na stałe trafiają do naszego futrakowego słownika. Franek miał swoją "stępołkę", Zuzka stworzyła "patutata", a Helka jest w trakcie tworzenia wielu nowych wyrazów, z których na razie najbardziej przyjął się "lulu".
Nie wcale nie chodzi ani o potrzebę nagłego udania się w miejsce zaciszne, by tam oddać się czynności fizjologicznej, ani też o chęć pójścia w tzw. objęcia Morfeusza. "Lulu" w języku helkowym, a teraz i już naszym wspólnym, oznacza po prostu lody.
A ilustrację do tej pozycji słownikowej prezentuje Dosia (która jeszcze własnych słów nie układa, a jedynie podłapała "bubu" od starszej siostry).
A dla chętnych konkurs. Co znaczą "stępołka", "patutat" i "bubu"? Nagród nie przewiduję :)

piątek, 13 maja 2016

Babcia może morze?

Jak niektórzy pewnie wiedzą (a niektórzy nie), nasza córka Zuzanna wybrała się na wycieczkę do Polski. A jako rasowa turystka, która z każdej wycieczki przywozi parę pamiątek, także i z tej kilka przywiozła do swojej kolekcji. Wśród pamiątek znalazło się także miejsce dla babci Eli. I w tej niecodzienny sposób mama mojej żony i moja teściowa w jednej osobie zjawiła się w naszych skromnych progach.
Krząta się po domu, bawi z licznymi wnuczkami, tu zajrzy, tam pomoże, i okazuje się pomocna że wszech miar.
W nagrodę zamówiliśmy jej piękną pogodę i zabraliśmy (babcię, nie pogodę) na plażę do pobliskiego kurortu zwanego Tramore.
Owoc obrazkowy owego wypadu tutaj. A na zachętę dwa obrazki poniżej.
Proszę bardzo :)

wtorek, 10 maja 2016

Mama Tata! Mam trzy lata!


Helenka. Futraczka urodziła się trzy lata temu. Jak scharakteryzować to dziecko?
Pogodne, zgodne, cierpliwe. Jest w stanie zaakceptować nawet przykre lub nie po jej myśli decyzje takim smutniejszym w tonie "okej :(". Bardzo samodzielna i zapatrzona w starszą siostrę, kopiuje jej zachowanie i gusta. Dla mlodszej jest cierpliwa, mam wrażenie że cały czas o niej pamięta, dzieli się większością swoich zdobyczy, czestuje gryzem "tuku tuku"(ciastka), szuka "bu bu" (smoczkaq) jeśli "dzidzi" płacze, podnosi z ziemi gdy "dzidzi bam". Uwielbia chodzić do "EliEiden" (przedszkole nazywa imionami dwójki przyjaciół). Uwielbia "tany tany"(to taniec w jej jezku, ale także spódniczka lub sukienka), lubi "buju buju" (plac zabaw) i "lulu" (lody). Najchętniej spedzalaby czas na "party cake" (urodzinowe przyjecia). Gada oczywiście lepiej po angielsku póki co, i wchodzi właśnie w etap łączenia dwoch. Tak jak Franek nazywa różne rzeczy i czynności po swojemu i pomimo że wie jak jest poprawnie nie chce używać zwyczajowych nazw. 
Wchodząc do przedszkola musi zajrzeć do wszystkich sal i wszystkim paniom powiedzieć "dzień dobry" i zagaic rozmowę.  Musi sama zanieść plecak z lunchem do kuchni i sprawdzić czy w sali Dosi są Dosi kapcie. Jeśli nie ma, sama musi je odszukać i przynieść. 
Gdy coś gotuję czy przygotowywuje w kuchni przytarga krzesło i mi pomaga. Albo próbuje czy dobre. Cudnie prowadzi dialog ze mną gdy pytam ja o zdanie czy opinie na temat smaku danego dania. 
Od maleńkiego zmęczona usypiala samodzielnie, po prostu gdy za dnia była zmeczona, przykrywala się "giglu giglu" (kocyk) i usypiala bez absorbowania. Tak samo wieczorem, bez histerii przebiera się w pizame, myje zęby i idzie spać. Oczywiście poczytać jest wskazane czy pospiewac "Ej Bi Si Di"....
Długo by opowiadać. 
Jest cudna.

niedziela, 8 maja 2016

Rysunek i Projektowanie wzoru

Trochę o szkole :)
Każdy wybierał sobie co lubi. A jak zapomniał to ... No właśnie ja zapomniałam więc zdjełam z szyi szaliko-apaszkę. Instrukcja mówiła o narysowaniu danego akcesoria, normalnie z cieniem, potem rysunek płaski czyli bez cienia. Potem kolorujemy dowolna techniką, a następnie jeszcze popełniamy collage. Wszystko A3.

Następnie przygotowujemy małą pogadankę na temat swojego ulubionego artysty, i na deser rysujemy dane akcesorium w manierze lub wzorujac się na artyście wybranym. Moja ulubienica to pani Stryjeńska, Zofia. A jakże.






Następnie z rysunku czarno białego wybieramy mały ulubiony jakiś fragmencik, a najlepiej pięć, z tych pięciu trzy ulubione. A z trzech już wybranych kombinujemy jakiś wzór z raportem. Czyli taki co na przykład na tkaninie by się powtarzał.


Przyjemna ta moja szkola :)  Jutro po szkole chodzą egzaminatorzy i patrzą czy na przykład taka ja się nadaje, a jeśli się nadaje to na ile procent :)


Jutro bohaterek wpisu będzie trzy, z czego jedna bardziej :) Jutro świętujemy!

sobota, 7 maja 2016

Dzień dobry wieczór.
Kontynuując to drinka nie było. Było wino pite szklankami. Wino , kobiety i śpiew. Marny mam repertuar świecki, ale  jakieś chwyty palce pamiętały... Sesje więc można uznać generalnie za zakończona imprezą, a sobota należała do tych przyjemniejszych, czyli spaliśmy na raty opiekujac się maluchami, wypilismy kawkę z gościem, obiad był z wczoraj a kolację zrobił syn. Posprzatane było też tez wczoraj, a w ramach wycieczek mąż przywiózł zaopatrzenie lodówki i spiżarnii. Pogoda pod psem, deszczowo więc siedzieliśmy w domu. O. Przyjemnie generalnie, nie?

A tutaj bohaterka następnego wpisu. Bedzie trochę o szkole i sesji. Miłego wieczoru.




piątek, 6 maja 2016

Ufff

To  był niby tydzień, a zmeczył jak miesiąc.... Przybajmniej mnie. Ale już za: choroby i podroże i wizyty w polskim urzedzie i Ważne Terminy Oddawania prac. Były też Duże Plusy tygodnia. Krzysiek miał urlop, więc troił się przy obowiązkach gdy ja chorowalam. Spędziłam noc U Koleżanki. Koleżankowałam się w "Krakowie pod Dublinem", bo dom jest eh i ah i w ogóle atmosferyczny, klimatyczny i jak-ja-bym-chciala-z-tamtąd-nie-wychodzic.

Będzie obszerniej w weekend.
I o pracach w szkole i końcu sesji też.
Na deser Koszmarka, czyli Goralka w moim szaliku. Może komuś coś przypomina? Obraz wzooroooowaaanyyy nieeudolnieee na jednej z polskich malarek. Nie powiem że mojej ulubionej, bo zgadniecie.
Lecę. Na drinka. O :)


środa, 27 kwietnia 2016

Jak w niebie

Od kiedy pierwszy raz stanęliśmy na irlandzkiej ziemi, jeszcze zanim pomyśleliśmy o osiądnięciu tutaj na stałe, kiedy jako młode małżeństwo (jak to brzmi!) zwiedziliśmy irlandzkie zakamarki, zafascynowanowało nas irlandzkie niebo. Iwka twierdzi, że jest tutaj jakby bliżej ziemi. I faktycznie chmury wiszą czasami nisko, że chciałoby się napisać, że na wyciągnięcie ręki, gdyby niebezpieczne nie zahaczało to o grafomanię.
I ta fascynacja trwa poniekąd do dziś. Chmury faktycznie są tutaj czasami niesamowite i zmienne niczym przysłowiowa kobieta.
No bo na przykład otwiera sobie człowiek magazyn, patrzy w górę, a tam taki widoczek.

niedziela, 17 kwietnia 2016

Wiśniewscy 10.0

Miłość cierpliwa jest, łaskawa jest. Miłość nie zazdrości, nie szuka poklasku, nie unosi się pychą; 
nie jest bezwstydna, nie szuka swego, nie unosi się gniewem, nie pamięta złego; 
nie cieszy się z niesprawiedliwości, lecz współweseli się z prawdą. 
Wszystko znosi, wszystkiemu wierzy, we wszystkim pokłada nadzieję, wszystko przetrzyma. 
Miłość nigdy nie ustaje, 
[nie jest] jak proroctwa, 
które się skończą, choć zniknie dar języków i choć wiedzy [już] nie stanie
( Hymn o Miłości, z Pierwszego listu do Koryntian, świętego Pawła)




Świętujemy już od Wielkiej Nocy. Ślubowalismy bowiem się dozgonie miłować w Poniedziałek Wielkanocny 2006. Także, już zrobiliśmy imprezkę rocznicową w Wielkanoc. Tydzień temu ksiądz Emil odprawił mszę św w naszej intencji, a dziś jest 17 kwietnia jak te dziesięć lat temu.








wtorek, 29 marca 2016

Dośka Ska!

Zaletą posiadania w miarę sprawnej lustrzanki jest na przykład robienie zdjęć seryjnych, nawet jeśli taka seria zawiera tylko dwa zdjęcia. Bo potem takie kwiatki na przykład wychodzą: